Litwa, Łotwa i Estonia campervanem

Litwa, Łotwa i Estonia campervanem – ruszyliśmy w podróż, która miała smak morskiej bryzy, dźwięk deszczowych dachów campervana i widoki, które zostają w głowie na lata. Trip po Bałtykach – Litwa, Łotwa i Estonia campervanem – to opowieść o bliskości z naturą, wolności i odkrywaniu miejsc, które zaskakują na każdym kilometrze. W tym wpisie znajdziesz nasze codzienne relacje z trasy, zdjęcia z drogi i praktyczne wskazówki, które pomogą Ci zaplanować własną wyprawę.

To wszystko tak blisko Polski 🙂

Dzień 1 – wyjazd: Warszawa – Suwalszczyzna

Dzień pierwszy – dzień wypożyczenia sprzętu = dzień nerwów. Niby już człowiek wie co i jak działa, ma plan jak się po wypożyczeniu auta szybko spakować i ruszać w drogę, a potem jakoś tak nie do końca wychodzi.

Startowaliśmy dosyć późno. Campervan miał być ok 14, a jednak był do odbioru bliżej 15. żeby zapełnić lukę pojechaliśmy na zakupy spożywcze.  Oczywiście zaczęło padać (jak jechaliśmy do Rumunii to podczas pakowania do kampera w wypożyczalni też padało), co nieco utrudniło utrzymanie czystości w samochodzie i na dzieciach… Ale się udało. Nieco później niż myśleliśmy – wyruszyliśmy.

Auto rzeczywiście jest inne – jest mniejsze, choć na pierwszy rzut oka gabaryty tak mocno się nie różnią od poprzedniego kampera. Zobaczymy w praniu czy nie brakuje nam jednak tej przestrzeni. No i jedziemy manualem, szybko więc się okazało, że głównym (a w zasadzie jedynym) kierowcą będzie Marcin.

Po wielu korkach na s8, cali, zdrowi i szczęśliwi dotarliśmy do Sumowa na pierwszy nocleg. Tereny nam doskonale znane, więc całe delikatne napięcie związane z dojechaniem na planowany nocleg, sprawdzeniem co gdzie jest etc nam odpadło. Wieczór spędzony w świetnym towarzystwie i mamy siły ruszać dalej.

Dzień 2 – Suwalszczyzna – Kowno (LT) – Kłajpeda (LT)

Kap kap kap – przywitał nas rano deszcz… ale spoko, przecież jedziemy dalej, mamy kawałek trasy, więc nie ma to większego znaczenia. Kierunek Kowno. Zaczynamy na parkingu znajdującym się po drugiej stronie rzeki na wysokości starego miasta. Od Starego Miasta oddziela nas jedynie most – krótka trasa. 

Spacerujemy po starówce w deszczu i przechodzimy obok knajpy zachęcającej wyglądem i szyldem z informacją, że serwują tradycyjną kuchnię litewską. Wchodzimy i czekamy chyba wieczność, ale w końcu dostajemy coś co nas raduje i poprawia samopoczucie – pyszne jedzenie, gorące, tłuste, sycące, z dużą ilością mięsa – idealne potrawy na kiepską pogodę.

Najedzeni, nasyceni, postanawiamy opuścić Kowno – deszcz wciąż pada i nie wygląda jakby miał przestać, więc stwierdzamy, że nie warto. Pewnie byśmy więcej pozwiedzali, ale deszcz zrobił swoje. 

Kierunek – Kłajpeda (gdzie ma nie padać). po 2 godzinach jazdy parkujemy na wcześniej wybranym parkingu – w samym centrum miasta obok przystani dla jachtów i głównego portu pasażerskiego. Dzisiaj stąd pływają głównie rejsy komercyjne, zaś same okolice portu zamieniły się w deptak, miejsce turystyczne i miejsce spotkań. Poza przyjemnym spacerem trafiamy na nieco industrialne tereny – miejsce spotkań i imprez. Lubimy takie klimaty – murale, wielka hala (magazyn?) przerobiony na klub – sama przyjemność. Decydujemy się zostać na chwilę i coś przekąsić – shrimp snacki, ale też przysmak lokalny – litewski ciemny chleb – smażony, w sosie majonezowo(?) – serowym – do tego dużo czosnku. Przekąska idealna do piwa.

Spacerujemy dalej – uliczkami starego miasta, przy kanale. Jest urokliwie, woda żyje – pływają wodne taksówki, rowerki wodne, zacumowane statki są zmienione na knajpy pełne ludzi. Miasto urzekło nas od początku swoim klimatem, piękne knajpki ,dużo grajków na ulicach , suuuper :). 

Kierujemy się w stronę sztucznego zbiornika – w kształcie korony, na mapie wygląda intrygująco, a że jest blisko starego miasta, docieramy tam w kilka minut. Na zbiorniku wielki napis „Kłajpeda 770” – trafiamy na obchody 770-lecia miasta. Chwilę po zaczyna się multimedialny pokaz fontann. Jest część historyczna, a potem – lasery, głośna muzyka i światła oraz ogień… Przyjemnie się ogląda, mnóstwo ludzi dookoła. Na parking, gdzie zostajemy na noc wracamy grubo po 23. 

Dzień 3 – Mierzeja Kurońska (LT)

Od samego rana wita nas piękna pogoda. Śpimy do 8 – w campervanie jest tak ciemno 😉  Śniadanie z komplikacjami – nie możemy odpalić kuchenki, więc ostatecznie jemy kanapki… i ruszamy na prom – kierunek: Mierzeja Kurońska.

Prom – zaskakuje nas cena – robiąc research spodziewaliśmy się koło 12 EUR ostatecznie okazało się, że jest stawka za motorhome, na którą się łapiemy i płacimy 36 EUR – za przeprawę która trwa jakieś 5 minut… Do wydatków dochodzi 30, EUR  za wjazd na mierzeję, ale o tym wiemy, jesteśmy przygotowani i rozumiemy opłatę… na większości Mierzei jest obszar chroniony, ale i ruch jest mniejszy, ludzi nie jest zbyt dużo, tereny dziewicze i wszędzie czysto i przyjemnie.

Przez wyspę przebiega jedna prosta droga, my dojechaliśmy niemal na jej koniec do miasta Nida, ale zaparkowaliśmy obok na dużym parkingu (pinezka). Stamtąd 1,2 km spaceru lasem i byliśmy już przy chyba największej atrakcji czyli wielkiej wydmie i punkcie widokowym przy jej szczycie. . Widok jest piękny – można poczuć się niemal jak na księżycu – wielka wydma, ciągnąca się prawie po horyzont…. Jesteśmy kilka kilometrów od obwodu kaliningradzkiego. Chcemy iść w stronę Nidy. Do decyzji – czy idziemy specjalną kładką, czy próbujemy przez wydmę. My wybraliśmy zejście wydmami wzdłuż zatoki -piasek, piasek i jeszcze raz piasek, ludzi jak na lekarstwo. Po przerwie na 'lunch” na wydmach (buła + parówa z plecaka), idziemy w stronę wybrzeża zatok i spacerując wodą docieramy po około godzinie do Nidy.

Pierwsza myśl – jakby czas się zatrzymał. Drewniane chatki – pięknie pomalowane na czerwono/bordowo z niebieskimi akcentami. Swojsko, sielsko i anielsko. Idealne miejsce na odpoczynek. Próbując złapać miejsce na obiad trafiamy do knajpy bliżej mariny. Bardziej nowocześnie i klimat jakby trochę inny. Zaliczamy krewetki i chłodnik litewski – o dziwo podany z pieczonymi ziemniakami. Jedzenie znowu  bardzo dobre.

Jeszcze tylko 1,5 km spacer pod górę na parking i możemy ruszać dalej – do Juodkrante na Wzgórze Czarownic. ama atrakcja jest bardzo fajna – rzeźby są duże, rozmieszczone gęsto – co kilkanaście metrów więc spacer jest ciekawy i urozmaicony. No i w pewnym momencie zamienia się w walkę z krokodylami i smokami 😉 przyjemnie, ścieżka jest dość łatwa, las i drzewa dają chłodny cień. 

Chemy się w końcu wybrać nad morze – wybór trafia na plażę niedaleko promu. Dojeżdżamy tam dość późno – koło 19, więc plaża (na którą prowadzą wysokie drewniane schody przez wydmę) jest cudownie pusta. Gdzieś w oddali widać kilka osób, a tak to tylko morze i szum fal. 

Wydawać by się mogło, że skoro wciąż jesteśmy nad Bałtykiem, tak dobrze nam znanym w polskiej części, to wszystko będzie podobne… i tak i nie. Plaża jest bardzo szeroka, wydma wąska i bardzo wysoka, piasek jest nieco inny – nie jest tak sypki jak nasz i to nie tylko dlatego. że poprzedniego dnia nieco popadało, woda wydaje się czystsza i nie ma kamieni. Za to są dziesiątki dużych białych muszli. Te 2 godziny na plaży to cudowny czas relaksu. Piękne widoki, wszystko bez pośpiechu.

Niestety nie można tam nocować, więc szybko do promu i spędzamy noc na naszym sprawdzonym parkingu w Kłajpedzie by z rana wyruszyć do Rygi 🙂

Gaz powrócił – okazało się, że trzeba było włączyć guzik na kolektorze, ;P ale stres był.

zachód słońca na mierzei kurońskiej
mierzeja kurońska kawałek nieba na ziemi

Dzień 4 – Kłajpeda (LT) – Ryga (LV)

Plan na dzisiaj – szybka pobudka, wyjazd o 8 do Rygi, po drodze przerwa na Wzgórzu Krzyży. Dzień zaczyna się średnio optymistycznie – tym razem nie ma wody. Okazało się, że pompa jest do wymiany, dobrze że była zapasowa, trochę nerwów i po 50 min zrobione, działa 🙂 W końcu 2 godziny później niż planowaliśmy – ruszamy do Rygi. Trasa do Kowna jest super, natomiast autostrada A12 ciągnąca się aż do granicy tragiczna (jednopasmowa koleina).

Do Rygi docieramy o 14. Parkujemy we wcześniej upatrzonym miejscu (parking na fajnych zielonych terenach oddalony ok 15-20 minut spacerkiem od starego miasta), jemy szybki obiad i ruszamy do stolicy Łotwy.

Pierwsze wrażenie – idąc mostem w kierunku starówki – jakoś tak swojsko tutaj – Ryga ma dużo rozwiązań podobnych do Warszawy – człowiek czuje się niemal jak na moście Śląsko-Dąbrowskim w stronę starego miasta, po lewej most podobny do świętokrzyskiego, po prawej stylowy most kolejowy kojarzący się z mostem gdańskim. A w tle nieco mniejszy Pałac Kultury. 

Nieco ciężko się poruszać – brak przejść dla pieszych – tylko stare przejścia podziemne, z których korzystanie ze względu na wózek nie było najprzyjemniejsze i najłatwiejsze. Ogólnie Ryga nie jest przyjazna pieszym, a zwłaszcza pieszemu z wózkiem – na starym mieście króluje bruk i wąskie chodniki, które są anektowane na ogródki piwne i brak przejść dla pieszych – gdzie przebiegniesz, tam masz 😉

Ale poza tym- Ryga bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Początek starówki to już urokliwy  dom bractwa czarnogłowych, skąd idzie wiele bardzo urokliwych wąskich uliczek, z pięknymi zadbanymi kamienicami, co róg kościół. Choć nie lubimy płacić za wstęp do Kościołów to decydujemy się na zwiedzenie dwóch – Katedry Ryskiej, teraz już pełniącej funkcję kulturalną – z pięknymi krużgankami i małym ogródkiem oraz chyba najbardziej popularny – Kościół św Piotra  ze wspaniałą wieżą widokową (9 EUR od osoby za kościół + winda na wieżę), warto wydać te pieniądze – widok niesamowity. Jako, że przyjechaliśmy dość późno – większość Rygi zwiedzamy „na zewnątrz:” dom kotów, baszta prochowa, dom bractwa czarnogłowych i skupiamy się na przyjemnym spacerowaniu i oczywiście lodach.

Jedyne czego żałujemy to to, że nie zdążyliśmy na  hale targowe – okazały się być czynne do 18, więc nie dane nam było posmakować lokalnych przysmaków. Mimo tego zadowoleni wracamy w stronę parkingu, postanowiliśmy jeszcze zrobić szybkie zakupy w pobliskim RIMI i spontanicznie ruszamy dalej (planowaliśmy nocleg w Rydze) na polecaną miejscówkę 50 km w stronę Estonii, do której mieliśmy z rana zmierzać. Po 20 był już mały ruch, więc szybko wyjechaliśmy z miasta kolein… same koleiny i połatane drogi przez niezliczoną ilość tirów. Po 1h dotarliśmy na piękne miejsce nad samym morzem, parking jest przy samej plaży, a morze spokojne jak jezioro. Jesteśmy tu my i jeden łotewski kamper. Cisza spokój (mamy wtorek :)) – blisko natury, pięknie i za darmo. Dziś na kolację jajecznica z łotewską kiełbasa, zmieloną jak pasztet, ale przepyszną :). Piwko, idziemy spać a jutro od rana plaża a potem w stronę Estonii :

starówka w Rydze
Ryga
Campervan na plaży w Łotwie podczas zachodu słońca

Dzień 5 – okolice Rygi (LV) – Saaremaa (EE)

Wstajemy z uśmiechami na ustach – w końcu mamy widok na morze. Po śniadaniu od razu idziemy na plażę. Rano jest jeszcze chłodno, słońce co raz się chowa  za  chmurami, chłopaki budują tamę na małym potoczku, który wpada do morza. Spacerujemy. Niby to Bałtyk a jednak znowu jest inaczej – piach ubity, woda czystsza, ale znowu zamiast muszli są kamienie 😉

Po nieco ponad godzinie spędzonej na plaży – ruszamy dalej – kierunek Estonia. Jedziemy, wzdłuż morza w górę w stronę Virstu – miejsca skąd prom zabierze nas na Saaremę, droga fajna, niecałe 2 h i jesteśmy. A właściwie to prom zabierze nas na Mihu-bo z Mihu na Saaremęę prowadzi urokliwa grobla. sama [podróż promem jest przyjemna (27 minut, promy wypływają co ok 40 minut, koszt na naszą 4 to 20 EUR – dzieciaki za free) a sam prom nowoczesny i fajnie urządzony (łącznie z kantyną, sklepami i mini placem zabaw) ale i tak najfajniejsze było po prostu siedzieć i się patrzeć na morze.

Docieramy na wyspę szybko i przyjemnie. nie mamy planów oglądać niczego na Mihu, więc tak jak niemal wszystkie auta z promu kierujemy się prosto na groblę. Ta jest miłym zaskoczeniem – przyjemnie się jedzie widząc wodę z 2 stron i nawet są zrobione 2 zatoczki postojowe – więc jest okazja żeby zrobić piękne zdjęcia (nie skorzystaliśmy).

Nasz plan to klify Panga, parking spory, miejsce jest. Stoi jeszcze jeden kamper, więc spora szansa że nie zostaniemy na noc sami 😉 Zaś klify – no piękne. Robią wrażenie – w tym miejscu mają 21 metrów. Budzą respekt i lekki niepokój – na tyle na ile pozwala nam odwaga zbliżamy się do krawędzi, a potem spacerujemy leśnymi ścieżkami – mamy nadzieję znaleźć zejście na plaże, ale nic z tego. Już mamy zrezygnować, ale postanawiamy jeszcze przejść kilkaset metrów w drugą stronę. Bingo! jest zejście na plaże, choć lepiej powiedzieć – na brzeg, bo z plażą w klasycznym ujęciu ma to niewiele wspólnego. Kamienie kamienie i kamienie. ,mniejsze większe i olbrzymie głazy. Kamienie białe, jasne i ani skrawka ziemi. Za to można obejrzeć klify z drugiej strony. 

Na koniec zostaje nam 4-osobowa huśtawka (zdecydowanie dla dorosłych, nie dla dzieci) i kolacja. Kolacja częściowo na stole piknikowym, częściowo na kocu przy klifach i czekanie na zachód słońca. Pięknie, przyjemnie i znów za darmo 😉 Zostajemy na noc, oprócz nas 1 kamper i 2 osobówki. a my siedzimy z winem / piwem w samochodzie (dzieciaki śpią) i patrzymy na morze – godzinę po zachodzie widok jest wciąż piękny.

Z raportu mechanika, dzisiaj nam samochód pokazywał ciągle nie zamknięte drzwi boczne 😡 choć oczywiście były zamknięte 😉

Kraje Bałtyckie
piękne klify Panga
cudowny klimat Saaremy

Dzień 6 – Saaremaa (EE)

Pobudka z widokiem na morze cały czas cieszy 😉 po śniadaniu ruszamy na nasz kolejny punkt na mapie – latarnia morska Sorve. Trochę się zastanawialiśmy czy tam w ogóle jechać. Niby to tylko latarnia, jakich wiele a dookoła nic nie ma, ale to jeden z symboli wyspy, więc ruszamy. Godzina podróży przez urokliwe i totalnie puste ulice, ma się wrażenie jakby tutaj nikogo nie było, fajnie się jeździ 🙂 dzikość i dzikość, krowy i tyle :). 

I warto tam dotrzeć- latarnia prosta, czarno-biała – tylko błękitu brakuje by się od razu kojarzyła z flagą estońską. Dookoła pusto, latarnia jest na półwyspie, na samym jego końcu i za nią powoli teren robi się coraz węższy, aż jakieś 200 metrów od latarni cypel się kończy i pozostaje woda. To wszystko – prostota i ten zwężający się pas ziemi robi fajne wrażenie i chyba dlatego tak chętnie ludzie tu przyjeżdżają. Jak na Saaremee, która do tej pory w większości miejsc  sprawiała wrażenie pustej (łącznie z kultowymi klifami) tu rzeczywiście parking jest zapełniony i kręci się sporo ludzi. Ale ruch się jakoś rozchodzi – część osób spaceruje, część wchodzi na latarnie. I tym sposobem po pokonaniu 243 stopni na tarasie widokowym latarni jesteśmy tylko z jedną osobą. Wysoko (sama latarnia ma ok 50 m), wietrznie i uroczo. I oznaczenia, w którą stronę można wypatrywać różnych miast (+odległości). Jest i Sztokholm i Gdańsk 😉 Miły polski akcent, niejedyny tego dnia.

Po latarni, spacerujemy po cyplu który z każdym metrem jest coraz węższy. Charakterystyczne dla wyspy płaskie białe kamienie (próbujemy ułożyć mały kopczyk, ale dzieciaki szybko psują nasze konstrukcje)… Kolejnym punktem jest mała knajpka pod latarnią – klimatyczna i bardzo smaczne jedzenie (zupa rybna mniam mniam). Na parkingu kolejny polski akcent – koło nas stoi kamper na polskich blachach, ucinamy sobie miła pogawędkę z prawdziwymi wyjadaczami – 15 lat już tak spędzają wszystkie wolne chwile…

Czas na miasto – jedyne na wyspie – Kuressaare. Ruszamy w stronę zamku – miejsc parkingowych wzdłuż ulicy jest dużo, więc warto podjechać pod sam zamek. Decydujemy się jedynie na zwiedzenie zamku – bardzo przyjemne miejsce, choć wstawienie do zamku wystawy o dziejach współczesnych jakoś tak nam nie pasuje – przytłacza wnętrza, które stają się niewidoczne. Ale mimo wszystko warto zobaczyć, są części w których klimat jest zachowany, do tego bardzo przyjemny dziedziniec i otoczenie – zielone mury, po których można chodzić, a dla chętnych możliwość wynajęcia łódki. Dobrym punktem były pyszne lody kupione pod zamkiem, ale komary tak tną, że musimy je zjeść w samochodzie…

Decydujemy się po raz pierwszy spędzić noc na kempingu. Są 2 powody – nie chcemy się już ruszać daleko od Kuressaare – bo ponoć tu w okolicach kempingu Mandjala są najlepsze plaże, a w okolicy ciężko znaleźć miejsce do spania na dziko, a po drugie – mamy ochotę na prysznic w „domowych” warunkach – jednak ten kamperowy spełnia swoją funkcję, ale do najbardziej komfortowych nie należy. Kemping położony blisko plaży (bierzemy opcję bez prądu, co łączy się z zaparkowaniem na obszarze namiotowym, ale kosztuje jedynie 10 EUR za noc), więc już się nie możemy doczekać, żeby w końcu spokojnie sobie popływać. I tu czeka nas zawód – sama plaża piaszczysta – jedna z niewielu ale, wygląda jakby tydzień wcześniej ktoś traktorem przejechał i wysypał piasek tutaj. Zejście do wody jest słabe, bo trzeba przejść początkowo przez 50 m glonów, zaś sama woda dość płytka, potem wodorosty nagle znikają i jest duże wypłycenie – wody mamy po kostki – i to chyba główny powód takiej ciepłoty i zieleniny przy  brzegu – świeża woda morska słabo tam dociera… Idziemy dalej – idziemy, idziemy i jak już jest trochę głębiej, to zaraz robi się płytko… Ostatecznie, jakieś 150 metrów od brzegu stoimy w wodzie po pas i dalej nie próbujemy, bo zaczyna się kolejne wypłycenie. 

Ciekawostka, spotkani Polacy wspomnieli nam, że lokalsi po tych mieliznach między wyspami jeżdżą traktorami 😀 Kąpiemy się więc na płyciźnie, woda jest dość ciepła jak na morskie warunki. Dzień kończymy na placu zabaw na plaży i udajemy się do campervana, który w sumie stoi w lesie 😉 najbliżsi sąsiedzi są jakieś 30 metrów od nas.

IMG_0014 (Copy)
IMG_0030 (Copy)

Dzień 7 – Saarema (EE) – Tallin (EE)

Wysypiamy się porządnie – do 8:30 😉 czas na śniadanie, prysznic, ogarnięcie się i rzeczy które się suszyły na zewnątrz, szybkie sprzątnięcie i jazda dalej.. No właśnie prawie się udało – dziś był problem ze zlewem a właściwie zastojem. ze sporym opóźnieniem opuszczamy kemping z wizją, że od dzisiaj wszystkie gary myjemy  w kuchni na kempingach lub w misce 😉

Powrót na Mihu (zaskakująco dużo kitesurferów pomiędzy wyspami), prom do Virtsu i siup do Tallina (mieliśmy mieć przystanek w Rummu przy zalanym więzieniu, ale rezygnujemy). Miejscówka na parking (i nocleg) okazała się bardzo fajna – 2 EUR/24h, blisko starego miasta (800 m), z widokiem na wodę i pływające wycieczkowce i z całkiem sporą ilością kamperów 😉 w sumie bardziej przypomina pole kempingowe niż parking.

Startujemy na stare miasto i od razu Tallin nas urzeka. Rzeczywiście czuje się, że to Stare Miasto. Wiele uliczek i kamienic przypomina późne średniowiecze… Kościół św. Olafa nie zachwyca, wnętrze jest zaskakująco ascetyczne, a na spacer na wieżę z 2 maluchów się nie decydujemy – poszukamy innych punktów widokowych.

W Tallinie fajne jest to co lubimy najbardziej – po prostu włóczyć się po uliczkach i odkrywać coraz to nowe i zaskakujące miejsca. Jednym z takich miejsc była knajpa w budynku Ratusza – na samym rynku. Stylizowana na średniowieczną gospodę, i to w każdym aspekcie – drewniane ławy i stołki, skóry na ścianach, malutkie okna i tylko światło padające od świec… Do tego gliniane naczynia, całe 3 potrawy w menu 😉 – zupa z łosia (tak łosia, nie łososia) za bodajże 2,5 EUR, kiełbaski i akurat podają wielkie żeberka. Bierzemy zupę z łosia, kiełbaski, ciasto z mięsem i ogórki małosolne (płacisz za miseczkę i ile sobie wyłowisz z beczki-tyle zjesz). No i jak w średniowieczu – nie ma sztućców. Fajne przeżycie, jedzenie smaczne, klimat zupełnie inny niż we wszystkich knajpach.

Znając ograniczenia związane z zainteresowaniem dzieci w muzeach ograniczamy się do wstąpienia do kilku kościołów i głównie zwiedzamy Tallin „od zewnątrz”. Fajne miasto, z mnóstwem klimatycznych knajp, nie jest jeszcze przepełnione turystami (ok 80% turystów to przybysze z Rosji i Finlandii), choć ceny rzeczywiście sporo wyższe niż na Litwie i Łotwie., Na parking wracamy późno – wieczorem wygląda jak kemping = ludzie siedzą koło kamperów na krzesełkach i popijają piwo 😉 idziemy spać z widokiem na ogromne promy do Helsinek. Świetne miasto – idealne na weekendowy wypad – chętnie tu wrócimy, ale tym razem w gronie dorosłych.

IMG_0155 (Copy)
Tallin -stare miasto
IMG_0276 (Copy)
Tallin -stare miasto

Dzień 8 – Tallin (EE) – Laaheema (EE)

Sobota, zgodnie z prognozami niebo za chmurami i powoli zbiera się na deszcz. Także idealna pogoda na muzeum 😉 wybieramy się do muzeum morskiego – było na naszej liście do zobaczenia, pod warunkiem odpowiedniego zapasu czasowego. No i taki zapas nam zapewnił deszcz. Po przebojach ze znalezieniem miejsca do zaparkowania (w Tallinie odbywa się Ironman, a sam finisz jest w muzeum) udaje nam się wejść, 15 EUR od osoby, dzieciaki za free.

Muzeum od razu przypadło nam do gustu – jest świetnie urządzone, bardzo dynamicznie i multimedialnie, dobrze zaaranżowana olbrzymia przestrzeń w porcie. Oglądamy mnóstwo eksponatów – z czego większość można dotykać 😉 i z niecierpliwością czekamy aż dojdziemy do punktu kulminacyjnego – wizyty w łodzi podwodnej ;-). Ciasno, tysiące pokręteł – zawsze mnie ciekawiło jak tam się funkcjonuje. Poza tym muzeum oferuje dużo interaktywnych elementów i eksperymentów (świetnym doświadczeniem jest możliwość sprawdzenia na własnej dłoni jak wzrasta ciśnienie działające na nas wraz z kolejnymi metrami zanurzenia), można pojeździć na symulatorze wodolotu, motorówki, postrzelać z działek. Wszystko jest w miare nowe, a zwiedzanie  – można zaplanować na 4h, a jeżeli są koneserzy to i cały dzień zleci. 

Na koniec wizyta w części zewnętrznej – lodołamacz i okręt wojenny. Pozostałe statki na zewnątrz się niedostępne ze względu na Ironmana, ale nam i tak wystarczy  – kilka godzin zaczyna powodować lekkie marudzenie i głód.

Szybki obiad w samochodzie i wyjeżdżamy z Tallina w stronę natury – Parku Narodowego Lahemaa. Odwiedziny w visitor centre są raczej do przemilczenia (Pani pokazała na mapie gdzie są zaznaczone ścieżki, szprechając po niemiecku), ale niezrażeni udajemy się do małej rybackiej wioski – Kasmu, a w zasadzie na mały szlak prowadzący na jej końcu w kierunku cypla na półwyspie. Zaskakują nas olbrzymie kamienie na brzegu morza (największe mają na pewno koło 3 może 4 metrów) i wysokie trzciny z pięknymi fioletowymi pióropuszami. Potem krótki spacer przez las i postanawiamy zakończyć chodzenie na dzisiaj. Miał być kemping, ale zachęceni sukcesami noclegów na dziko / za free odpalamy Park4night i wybieramy parking w miejscowości Vose, tuż przy plaży. Kolejny strzał w dziesiątkę – chyba ze względu na pogodę (jest chłodniej niż w poprzednich dniach) parking jest w miarę pusty, i jak się okazuje znajduje się ok. 100 metrów od plaży – z placem zabaw i ładną piaszczystą plaża. Okazuje się, że w Estonii można trafić na fajną plażę, z sensownym zejściem do wody i z poziomem wody nieco wyższym niż „do kostek. Znowu pięknie i za darmo 😉 

IMG_0333 (Copy)
IMG_0300 (Copy)