Rumunia camperem z dziećmi – góry, dracula i zamki Siedmiogrodu

Kilka lat temu, w wakacje pomyśleliśmy o tym, że fajnie byłoby pojechać na wakacje kamperem, a jeszcze fajniej byłoby go mieć. Mieliśmy za sobą pewne doświadczenie z Australii, ale wtedy to był campervan (minivan), którym z jednej strony jeździło się jak zwykłą osobówką, z drugiej – miejsca trochę brakowało. O ile w Australii pogoda to raczej pewniak, to na podróże po Europie potrzebowaliśmy czegoś większego.

2 lata. Tyle się zbieraliśmy, żeby dojść do chyba najbardziej logicznego wniosku – wypożyczamy campera, potem campervana (choć sporo większego niż osobówka), jedziemy w siną dal i po tym powinniśmy wiedzieć czy to jest to.

Rumunia okazała się fantastycznym kierunkiem na rodzinną podróż camperem. Przez ponad tydzień przemierzaliśmy malownicze górskie trasy, odwiedzaliśmy zamki skąpane w legendach i zaglądaliśmy do urokliwych, czasem zapomnianych wiosek Siedmiogrodu. Choć Rumunia bywa niedoceniana, my odkryliśmy kraj pełen natury, gościnności i autentyczności – idealny na roadtrip z dziećmi. W tej relacji dzielimy się naszą trasą, zdjęciami i wrażeniami z drogi.

Dzień 1 – wyjazd: Warszawa – Gliwice – Stara Lesna [SK]

Nadszedł ten dzień, żeby było ciekawiej – kamper był wypożyczany w Gliwicach, także na początek przypadła nam ponad 3 godzinna trasa naszym autem – na rozgrzewkę i na to, by się pozytywnie nakręcić przed wyjazdem. Podjechaliśmy do wypożyczalni – pierwsze wrażenie – cholera jakie to duże. Jak kierować tym 7-metrowym bykiem? Jak się poruszać i osiągnąć jakąkolwiek sensowną prędkość – przecież zaplanowaliśmy ponad 3000 km jazdy. Zapoznanie z pojazdem – co się gdzie naciska, gdzie włączyć wodę, prąd gaz, jak wymienić kasetę, brudna wodę. Potrzebujesz 100% skupienia.

Po pierwszej godzinie okazało się, że nie jest tak trudno, oczywiście należy patrzeć na gabaryty samochodu, natomiast pozycja kierowcy, lusterka robią swoje i jazda podobna jest do tej samochodem osobowym. Ale czy zmieścimy się na bramkach na autostradzie? tak udało się 🙂 można spokojnie jechać 🙂 Przystanek na Orlenie i już wiesz, że jazda kamperem jest świetna – po co się męczyć – hot doga można zjeść wygodnie na schodach, a kawę wypić przy stoliku.

Dojechaliśmy do pierwszego punktu – stacja Słowacja  – uroczy kemping w otoczeniu gór. Piękny widok, kawałek zielonego pola dla nas. Gdy przyjechaliśmy na miejsce zaparkowaliśmy kampera i zaczęliśmy pierwszy raz rozkładać rzeczy, które znaleźliśmy w bagażniku – krzesełka, stolik, który po kilku nieudanych próbach udało się złożyć, moskitiera rozwinięta, nóżki postawione. Jak już rozbiliśmy cały majdan okazało się, że trzeba wjechać na klocki aby wypoziomować samochód, co nie było takie proste. Pierwsza próba i klocki przejechane wraz z kwiatami oddzielającymi parcele 😉 za drugim razem ( przy pomocy właściciela campingu) udało się. 

Byliśmy gotowi by ruszać dalej, tym razem piechotą. Mały górski potok, przepiękne widoki i szum wody, dalej kilka domków i mały pub, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę. Po powrocie na camping szybka kolacja, widok na góry, dzieciaki biegają dookoła. I luz. że nasze obawy chyba były lekko na wyrost. I wolność. Robimy co chcemy, po swojemu. Rano w 5 minut się spakujemy i możemy ruszać dalej, gdzie chcemy.

Rumunio, nadchodzimy!

IMG_6211 (Copy)
IMG_6228 (Copy)
IMG_7867 (Copy)

Dzień 2 – Stara Lesna [SK] – Cheile Turzi [RO]

Pierwsza noc w kamperze – podział w łóżkach – 3:1, mamy wielkie łóżko z tyłu kampera i nieco mniejsze podwieszane. Kilkukrotnie budził nas deszcz, stres, no i trochę się ruszał samochód – kwestia przyzwyczajenia.

Pobudka wcześnie rano i trafiamy na wspaniałą pogodę – chmur mniej niż wczoraj, śniadanie z widokiem – i to nie byle jakim – Tatrzańska Łomnica na horyzoncie. Kemping i widoki cudowne, żal było się ruszać, ale nie zapominamy, że nasz główny cel podróży leży jeszcze dość daleko. Dziś mamy najcięższy dzień – Słowacja, Węgry i finalnie Rumunia – ponad 550 km i ponad 7 godzin w podróży (z dwójką małych dzieci). Słowacja i Węgry przeleciały nie wiadomo kiedy – piękna dwupasmowa trasa, niemal zero ruchu, przed granicą zatrzymaliśmy się na MOP na autostradzie, żeby zjeść obiad.

Wjazd do Rumunii i od razu zmiana klimatu. Droga jednopasmowa, ciągnąca się przez miasta i wioski, zaś kierowcy traktują zasady ruchu drogowego jako co najwyżej delikatną wskazówkę 😉 Ruch był duży (to była niedziela) i chyba wszyscy z okolicznych miejscowości wracali po weekendzie do Cluj. Odbiliśmy na Turdę i wjechaliśmy na drogę 2 pasmową w kierunku Brasova, po kolejnych 30 minutach byliśmy już na campingu pod wąwozem. 

I znowu widoki wynagrodziły wszystko. Camping tuż przy przełęczy, można siedzieć przed autem i godzinami patrzeć i podziwiać. Sezon już się zaczyna, na kempingu zostały wolne pojedyncze miejsca. Sympatyczny właściciel szprecha do nas miksując rumuński z niemieckim 😉 Jutro góry i chillout, zostajemy w tym miejscu na 2 noce, zdołamy trochę odpocząć. 

Dzień 3 – Cheile Turzi

Pierwszy dzień prawdziwych wakacji – kiedy nigdzie nie musimy się spieszyć. Góry, a w zasadzie wąwóz – Cheile Turzii – spogląda na nas odkąd przyjechaliśmy wczoraj na camping. Wiedzieliśmy, że chcemy przejść pomiędzy dwoma masywami skalnymi, ale dla całości obrazu postanowiliśmy wejść na górę. Szybkie śniadanie – jajecznica z kiełbaską, plecak wypchany przekąskami i pieluchami i w drogę. Pogoda od rana zachwyca, przed 10 ruszamy na szlak, choć ciężko na niego trafić – jest mapka, są jakieś strzałki, ale gubią się między malutkimi pensjonatami i budkami z langosami… Jakiś człowiek pokazuje nam wąski prześwit w lesie pomiędzy domkami i na migi pokazuje, że tamtędy wejdziemy na górę. Nie wygląda to obiecująco, ale idziemy. Pierwsze oznaczenie szlaku znajdujemy po dobrych kilkudziesięciu metrach… pokonanych w górę. Ale rzeczywiście – jesteśmy na szlaku z czerwoną kropeczką.

Trasa przyjemnie pnie się w górę, trochę lasem, trochę odkrytymi zboczami. Miejscowo zwykła leśna ścieżka z ubitej ziemi, w innych miejscach wspinaczka po kamieniach. Ale taka przyjemna – że Igi ma frajdę i sam daje radę, my też nieco zmęczeni (Julek śpi w nosidle), ale bardzo pozytywnie. Po drodze na górę i na jej szczycie nie spotykamy nikogo poza stadem owiec i kilkoma jaszczurkami. Wejście zajęło nam niecałą godzinę, za to widok na górze boski, pięknie, wysoko, strzeliste skały i panorama ciągnąca się kilometrami – to zdecydowanie najwyższy punkt w okolicy. I żadnego turysty… żadnego. Można poczuć jedność z naturą i się wyciszyć. 

Zejście już nie było takie łatwe – trasa była o wiele bardziej wymagająca, bardziej stroma, prowadząca niemal bezpośrednio w dół.  Zejście dosyć szybko przestało być przyjemnością – dzieciaki się denerwowały, wszystkim było dość ciężko, ale skupiliśmy się na bliskim celu – małym potoku, w którym wszyscy chłodziliśmy stopy i łydki przez dobre pół godziny. I wszystko z nas zeszło – zmęczenie i pot. Znowu było przyjemnie i bardzo pozytywnie.

Ruszamy w drogę powrotną – do wąwozu, który zaczynał się udeptaną ścieżką i myśleliśmy, że tak to będzie wyglądać – szeroka ziemista ścieżka i drzewa, które w sumie zasłaniają cały widok. Jakie było nasze miłe zaskoczenie, gdy po kilkudziesięciu metrach krajobraz zaczął się zmieniać. Weszliśmy w skały i ścieżkę częściowo wykutą w skałach. Zaskoczyły nas widoki. było przepięknie – w dole górski strumyk, właściwie potok, dookoła dużo zieleni i skały z 2 stron ciągnące się dziesiątki metrów w górę. Można było tą trasę robić cały dzień – tyle było cudnych widoków, które warto było uwiecznić na zdjęciach. Trasa kilkukrotnie zmieniała się z jednej strony wąwozu na drugą – malownicze, lekko chyboczące się mostki zabierały na drugą stronę. To trzeba zobaczyć, tu trzeba się zatrzymać i przejść tą trasę. I tyle. Całość zajęła nam nieco ponad 4 godziny.

Okazało się, że nad naszym kepingiem biegnie trasa tyrolki. i to nie byle jakiej – 600 metrów długości, 100 metrów w dół i zjazd w tempie dochodzącym do 100 km na godzinę… Nie wiem jakim cudem, ale się zdecydowałam – pierwsze 3 sekundy to był koszmar – wrażenie swobodnego spadania powodowało, że bardzo, ale to bardzo żałowałam swojej decyzji. ale po tych 2-3 sekundach było bosko. Szybko, wysoko z poczuciem wolności. 

zjawiskowe cheile turzi
wspaniały wąwóz

Dzień 4 – Turda – Ursu – okolica Sighisoary

Rolety to jednak dobra opcja, w kamperze jest bardzo ciemno i dzieci śpią godzinę dłużej, prawie do 8 :). Szybkie śniadanie. Pierwsza dolewka wody w kamperze – to proste, odkręcasz zawór, wkładasz wąż i już :), równie proste okazuje się opróżnienie WC – wyjmujesz kasetę, wlewasz wszystko do specjalnej rury na campingu i już :). 

Wyruszamy do kopalni Soli Turda. Zachęciły nas piękne zdjęcia, a i wizja spędzenia kilku godzin pod ziemią w lekkim chłodzie okazała się kusząca. Teraz tylko kręty wjazd pod górę, kilka krętych dróg i jesteśmy. 

Wejście do kopalni kosztuje 50 RON i 30 RON dla młodszych, koniecznie trzeba zabrać ze sobą bluzę. Schodząc po schodach czuliśmy przyjemny chłód i stopniowo na ścianach można było zobaczyć ślady soli – najpierw delikatne kryształki, które bardzo szybko zamieniły się w litą solną ścianę. Po kilkuset metrowym spacerze solnym korytarzem dochodzimy do głównych atrakcji – Mina Anton i Mina Teresia. Olbrzymie przestrzenie skalne po wykopaliskach soli – ktoś bardzo dobrze pomyślał i dość prostymi środkami (główną rolę robią lampy i światła) stworzył z tych przestrzeni miejsce magiczne – Harry Potter by się tego miejsca nie powstydził. Do tego przestrzeń dla dzieci – plac zabaw, boisko do kosza, ping ponga, mini golf czy amfiteatr. Ponadto niewielkie koło z wagonikami (nazwijmy roboczo – Turda Eye ;-)) sklep z pamiątkami i przestrzeń częściowo zanurzona w wodzie – o głębokości 6 metrów (Mina Teresia), gdzie można popływać łódką. 

Samo miejsce jest stosunkowo małe, zwłaszcza porównując z kopalnią soli w Wieliczce czy w Bochni, ale na pytanie czy warto – odpowiadamy: tak. To bardzo przyjemne miejsce. Owszem – nastawione na masową turystykę, ale mimo wszystko to ciekawe doświadczenie.

Zostając w temacie soli, kolejnym naszym celem było słone jezioro Ursu – heliotremalne, ogrzewane przez słońce, którego temperatury osiągają nawet 35 stopni niedaleko powierzchni wody. Pojechaliśmy, natrudziliśmy się w znalezieniu miejsca parkingowego dla kampera i ruszyliśmy nad jezioro. Problem polega na tym, że dostęp do jeziora jest wyłącznie przez jakąś placówkę / spa… no i było zamknięte…I to tak na 4 spusty – widać, że jeszcze się nie przygotowują do sezonu. Żeby znaleźć jakiś pozytyw – znaleźliśmy knajpkę, w której skusiliśmy się na ciorby, czyli zupy – Rumunia ciorbą stoi. O dziwo flaki były białe, ale pyszne.

Obraliśmy kierunek na Sighisoarę, szybka droga po urokliwych pagórkach – dzisiaj po raz pierwszy śpimy na dziko, okazało się że zaczynamy od leśnej długiej drogi pełnej wybojów, więc było nieco obaw o kampera, w końcu wyjechaliśmy z lasu i zobaczyliśmy olbrzymią polanę. W jednym miejscu lokalsi robili piknik, w innym stał jakiś van, ale ciężko było znaleźć miejsce w dobrym wjazdem. W końcu się udało, przy posesji – jedynej w okolicy – wyszedł do nas człowiek – nie wiemy czy tam mieszkał / pracował – zapytaliśmy czy możemy stanąć, uśmiechnął, się i powiedział że nie ma żadnego problemu i tak zostaliśmy. Po pewnym czasie oswoiliśmy się z miejscem – prawdziwa dzikość, gdzieś biegające i szczekające psy – tego chcieliśmy, lecz jak się okazuje trochę się obawialiśmy 🙂 przydałoby się kilka samochodów w odległości kilkuset metrów i bylibyśmy bardziej spokojni, ale do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić i wszystkiego spokojnie nauczyć prawda? 🙂

kopalnia soli Turda
łódką przez kopalnię soli Turda
IMG_8099 (Copy)

Dzień 5 – Sighisoara – Braszów

What a night… Trochę stresu było, w końcu byliśmy pośrodku niczego, ale noc okazała się w miarę spokojna i cicha. 

Ruszyliśmy do Sighisoary – mieliśmy upatrzony parking i stanęliśmy blisko centrum – 12 RON za dobę, także bardzo przyzwoicie. Miasteczko klimatycznie – średniowieczna zabudowa, która częściowo przetrwała, piękna wieża zegarowa, i dom, w którym żył Vlad Palovnik. Przyjemnie się chodziło między małymi kamieniczkami, w każdej uliczce można było odnaleźć coś ciekawego. Kościół na wzgórzu –  w najwyższym punkcie cytadeli a prowadzą do niego schody – drewniane, wzmacniane kamieniem, pokryte dachem, który robi niesamowity klimat – znów na usta się ciśnie Harry Potter – tych schodów nie powstydziliby się w Hogwarcie. Sam kościół – niewielki, dość surowy, ale warty przespacerowania się po wspomnianych schodach. Przy okazji nasz ekwipunek powiększył się o tarczę i miecz, a my zjedliśmy pyszne, niedrogie langosze (12 RON za sztukę).

Czas na Braszów – 2 godziny drogi i pytanie gdzie się zatrzymać. Z Braszowem problem jest taki, że to duże miasto, ze starówką wciśniętą pomiędzy jedno duże wzgórze, a mniejsze pagórki. Przez co centrum jest momentami bardzo ciasne. Były chwile grozy, myśleliśmy, że zablokujemy się między zaparkowanymi byle jak samochodami, po minięciu niektórych na centymetry – udało się, okazało się, że miejsce do parkowania polecane na Park4Night jest ok – było miejsce, na tyle szerokie, że parkując wzdłuż ulicy spokojnie się zmieściliśmy w liniach (3 RON/h, 24 RON/24h).

Przystanek numer 1 – kolejka linowa – na szczyt góry, w okolice napisu Brasov, zrobionego w stylu Hollywood sign. Kolejka mała i stara, ale sprawnie nas zabrała niemal na szczyt góry. A na górze – nie wiadomo gdzie iść 😉 Pan sprzedający pamiątki wskazał nam drogę mówiąc „seven minutes”, no i poszliśmy. Mały taras widokowy pokazał nam piękną panoramę – u stóp góry czerwone dachy starówki, z jednym odznaczającym się punktem – placem przy ratuszu. Linia starego miasta wyraźnie się odznacza, zajmowała spory obszar i patrząc na położenie, od razu wiadomo, że ma duży potencjał obronny. Dalej już mniej ciekawe, nowsze dzielnice Braszowa z blokami z wielkiej płyty i przeskok… na wzgórzu naprzeciwko piękne wille – w dużych odstępach od siebie, z zapewne pięknymi widokami… ponadto w oddali góry i pagórki – pięknie i zielono.

Na dole czekał na nas jeszcze jeden żelazny punkt – Czarny Kościół. Wstęp płatny (9 RON), ale warto tam zajrzeć. Mnóstwo arrasów na ścianach (co akurat nie jest wysoko na liście naszych zainteresowań), poza tym kościół nieco surowy. Dość wysoki i wyniosły. Trochę się kojarzy z katedrami Barcelony, nieco przypomina archikatedrę w Gdańsku i o dziwo ma drewnianą podłogę.

Potem przyszedł czas na tak lubiane przez nas szwędanie się między uliczkami. Do tego lody i coś ciepłego na ząb. Bardzo przyjemny klimat, wybraliśmy knajpkę z daniami regionalnymi, oczywiście znów postawiliśmy na ciorbę oraz zdecydowaliśmy się na mamałygę – kaszę kukurydzianą na gęsto z dodatkami. Tradycyjne danie chłopskie, dodatki, które wybraliśmy z menu już chyba nie 😉 padło na propozycję z serem – podobnym do bryndzy, kwaśną śmietaną i kiełbaską i z tak dużą ilością sera, ze nie daliśmy rady zjeść we  dwie osoby :). 

Wieczór się zbliża i ruszamy na nocleg do następnego punktu. Do Rasnova, pod zamek chłopski. Rano na pewno będziemy pierwsi na miejscu – śpimy na olbrzymim parkingu u stóp wzgórza, jutro startujemy z pierwszym zamkiem 😉

klimatyczna starówka Sighisoary
wspaniała panorama na Braszów

Dzień 6 – Rasnov – Bran

Kolejna noc na dziko minęła szybko i spokojnie. Parking był oświetlony całą noc i czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Rano ruszyliśmy w stronę zamku, żeby nie iść pieszo, zdecydowaliśmy się na kolejkę (traktor z wagonikami) na górę. Ale okazało się, że zamek od dwóch lat jest w remoncie i możemy zwiedzić tylko tzw. ogrody, czy raczej zamek od zewnątrz. Ale i tak warto, zamek robi wrażenie nawet z zewnątrz. Można wejść na teren dolnego miasta – czyli już wewnątrz murów, ale nie w samym zamku plus dostępna jest część murów – w tym ta z widokiem na Rasnov i okoliczne górskie szczyty. Może kiedyś uda się wrócić i zobaczyć wnętrze na własne oczy, bo jego historia jest niesamowita. Zapłaciliśmy za parking 12 RON (koszt całej nocy) i jedziemy do Bran, oddalonego o 20 km.

Mamy czwartek, więc nie było oblężenia turystów, lecz i tak było ich stosunkowo dużo .Od początku, warto kierować się znakami na parking miejski, który jest olbrzymi , koszt 3 RON/ h albo 24 RON za noc. Sam zamek Bran jest potocznie nazywany zamkiem Drakuli, choć z Vladem ma niewiele wspólnego. Do tego wszystkie strony ostrzegają, że to rozrywka dla mas i bardzo zatłoczona, z parkingu mamy ok 500 metrów do wejścia do zamku, początkowo trzeba przebić się przez gąszcz budek ze sztucznymi szczękami, i innymi tandetami typu Krupówki. 

Wejście do zamku koszt 40 RON + 20 RON za windę (na to drugie nie warto tracić pieniędzy), dzieci za darmo. Sam zamek Bran jest dość niewielki i zwiedzanie idzie w miarę płynnie i szybko, natomiast jest bardzo urokliwy – bryła zewnętrzna robi rzeczywiście wrażenie, do tego jeszcze przeuroczy dziedzińczyk (malutki, ale bardzo przyjemny dla oka). W samym zamku jest sporo otwartych pomieszczeń, część wypełniona ciekawymi eksponatami, część wystawami multimedialnymi, które do nas akurat nieszczególnie trafiły. Ale eksponaty są ciekawe, dodatkowo z tablic informacyjnych można się sporo dowiedzieć. O tym, że to atrakcja nastawiona na zysk i masowego turystę może świadczyć też to, że w tak małym zamku są dodatkowo płatne atrakcje. Jedną – salę tortur z góry opuściliśmy, na drugą, brzmiącą enigmatycznie kapsułę czasu się skusiliśmy – opis sugerował zjazd głęboko pod zamek i tunel. W praktyce – był to zjazd windą z ekranami, na których wyświetlały się dość dziwne rzeczy – kołyszące się niewiasty, duchy, dziwne dźwięki. 

Podsumowując – zamek Bran – ok, ale można tylko z zewnątrz ;-), dodatkowe atrakcje – nie, zdecydowanie nie. Za to miło nas zaskoczył targ / stanowiska pod zamkiem. Poza klasyczną chińszczyzną, znalazło się miejsce dla lokalnych rzemieślników – z Rumunii wyjeżdżamy z miską ceramiczną – hand made w Transylwanii, w zaskakująco dobrej cenie. Na poczcie próbujemy kupić kartki i znaczek, których jak się okazuje nie idzie tam kupić, a Panie na poczcie mocno zdziwione, że jakiś turysta się tam zaplątał 😉

Postanowiliśmy, że dzisiaj śpimy na campingu – czas uzupełnić wodę, oczyścić kasetę, wziąć prysznic w normalnych, domowych warunkach. Znaleźliśmy miejscówkę niedaleko wjazdu na Trasę Transfogarską, którą mamy zaplanowaną na jutro. Camping (De Oude Wilg) okazał się bardzo przyjemny – to w zasadzie wielki ogród na prywatnej posesji w sporej i całkiem ładnej wiosce. Od miłej właścicielki dowiedzieliśmy się, że trasa jest jeszcze zamknięta i pozostanie zamknięta do lipca, może nawet później… przygotowując się do wyjazdu trafiliśmy na źródła, wg których miała być już otwarta od czerwca… Ale nic – jest otwarta częściowo – do kolejki w okolice jezioro Balea. Także pojedziemy tam, wsiądziemy w kolejkę i będziemy trasę podziwiać z innej perspektywy. Ale to już jutro.

zamek draculi w Bran
IMG_8314 (Copy)
IMG_8326 (Copy)

Dzień 7 – Trasa Transfogarska – Sybin

Trasa Transfogarska, czyli coś na co chyba najbardziej czekaliśmy. Wiedzieliśmy już, że jest nadal zamknięta i można dojechać tylko do stacji kolejki linowej Balea co nieco ochłodziło nasz entuzjazm. Ale już sam dojazd na trasę gwarantuje świetne widoki – jesteśmy na płaskim terenie i tuż przed sobą widzimy wysokie szczyty górskie, do których się zbliżamy z każdym kilometrem. Dojazd na trasę jest pusty, mijamy zaledwie kilka samochodów i motorów, tuż u stóp gór jest położonych kilka małych wiosek. Po ok 15 km zaczyna się wjazd na górską część trasy – wyraźnie zaczynają się wzniesienia i serpentyny, dobry asfalt, pobocza, wszystko odpowiednio oznakowane. Początek górskiej części trasy jest otoczony wysokimi drzewami, od czasu do czasu pojawia się jakiś prześwit – ale jadąc samochodem tak naprawdę niewiele widać… w końcu dojeżdżamy do hotelu i stacji kolejki – dalej droga jest zamknięta. 

Sam parking jest w miarę pusty (dotarliśmy tu ok. 9:30) i świetnie położony – gwarantuje piękny widok na wodospad Balea, na otaczające szczyty górskie i na tym tle wyróżniają się małe czerwone wagoniki telecabiny. Weszliśmy do budynku, z którego rusza kolejka, gdzie miły pan powiedział ,by odjechać potrzebujemy min. 8 osób. Na szczęście czekaliśmy 5 minut i grupa się zebrała. Wycieczka na górę to koszt 40 RON za dorosłego, 20 RON za dziecko, taki sam koszt będzie nas czekał przy powrocie na dół. Sama kolejka jest malutka i na pewno lata świetności ma za sobą, ale to tylko dodaje jej uroku. Dość szybko zmierzamy ku górze. Trasa ma 4 km i ponad 800 metrów przewyższenia – także jest dość stromo. Z okien widzimy wodospad Balea, pokonujemy kolejne odcinki trasy i już gdy spodziewamy się zobaczyć piękne serpentyny trasy, nadchodzi taka mgła, że absolutnie nic nie widać 😉

Dość szybko docieramy na górę i to co się dzieje, a w zasadzie co widać przy jeziorze Balea – wszystko nam wynagradza. Jest pięknie, rzeczywiście jest jeszcze trochę śniegu, ale przede wszystkim jest spokojnie i majestatycznie. Dzięki temu, że trasa jest zamknięta i na górze są pustki – można nacieszyć się widokami w ciszy i spokoju. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – mgła momentami przesłaniała niemal wszystko, by po kilku minutach ustąpić miejsca słońcu i wspaniałym widokom. Najpierw pokręciliśmy się nad samym jeziorem, bo to jak jest położone powoduje, że można się na nie patrzeć bez końca. Potem skierowaliśmy się w stronę wjazdu do tunelu – z czystej ciekawości chcieliśmy zobaczyć (tunel był zamknięty).

W końcu przyszedł czas, by popatrzeć z góry na słynne serpentyny na trasie.. Ale oczywiście akurat wtedy wszystko było spowite mgłą… na szczęście dookoła jest sporo rzeczy do zobaczenia, a po kilku minutach pogoda znów zmieniła się diametralnie i cała trasa była skąpana w słońcu. I tak – potwierdzamy – wygląda to pięknie, jak na wszystkich zdjęciach, które można zobaczyć w necie. Serpentyny ciągną się bez końca w otoczeniu wielkich majestatycznych gór. Ale od razu przyszła nam refleksja –  a właściwie Marcinowi – jako kierowcy – czy naprawdę chcielibyśmy wjeżdżać po tych serpentynach i górach samochodem, który ma ponad 7 m długości? Pewnie kiedyś tu wrócimy, ale by pokonać trasę czymś mniejszym niż kamper. A najlepiej – na siedzeniu pasażera, by w pełni nacieszyć się widokami.

Ostatecznie to, co nam dzień wcześniej popsuło humor (zamknięcie trasy), okazało się fajną opcją. Te same widoki mieliśmy zapewnione bez stresu, bez tłumów turystów. Strzał w dziesiątkę. Po zjechaniu na dół zrobiliśmy szybki obiad na parkingu i po zjedzeniu ruszyliśmy w kolejne miejsce na naszej mapie – Sybin.

Po ok 1,2 godz wjechaliśmy do Sybinu – na parking miejski (3 RON/h) z rzędem na dłuższe auta (miejsca mają ok 8 m) – zostaniemy tu na noc. Parking jest w samym centrum miasta – po ok 100 m zaczyna się główny deptak, którym dochodzimy do pierwszego z trzech rynków. Bardzo klimatyczne miejsce, z absolutnie przecudnym kościołem ewangelickim – dawno żaden budynek kościelny nie zrobił na mnie takiego wrażenia – Kościół wewnątrz jest zupełnie inny niż się można spodziewać, na każdym kroku można odnaleźć z nim coś zaskakującego lub zachwycającego. Polecamy zdecydowanie.

O Sybinie czytaliśmy, że jest dla Rumunów tym czym Kraków dla Polaków. Artystyczne, mocno nasiąknięte kulturą miejsce z dziesiątkami muzeów… Chyba nie do końca udało nam się poczuć artystyczny klimat, natomiast sam Sybin nas bardzo pozytywnie zaskoczył – fajnie się pokręcić po mieście, gdzie na każdym kroku urzeka nas architektura miejsca, dachy z oczkami, kolorowe domki, zjeść coś w jednej z licznych knajpek (dziś na warsztat poszła zupa fasolowa podawana w chlebie i rumuńskie kiełbaski cielęce podawane z gorącej patelni – oba dania pyszne), lub napić się kawy (dawno tak dobrej nie piłam) albo zjeść rumuński hit deserowy – Papanasi – podawany na ciepło pączek oblany śmietaną i konfiturami z małą kuleczką pączkową na szczycie. Wszyscy lokalsi to jedzą w knajpach – spróbowaliśmy – zdecydowanie warto!

Po 3 h wracamy do kampera ,gdzie spędzimy noc, parking trochę opustoszał, jest głośno – piątek 22.00 😀 Mamy nadzieję, że będzie ciszej w nocy 🙂

trasa transfogarska
IMG_8611 (Copy)
IMG_8587 (Copy)

Dzień 8 – Hunedoara

Noc w centrum miasta ma swoje dobre i złe strony. Dobre – takie, że to centrum miasta i nie trzeba się przemieszczać na zwiedzanie, zła (a może inaczej – gorsza) – to taka, że nie za bardzo jest się gdzie pokręcić przy samym kamperze (w bezpośrednim otoczeniu) oraz hałas – ten na szczęście koło godz 23 robi się praktycznie nieuciążliwy – ruch jest po prostu mały. Szybkie śniadanie, uzupełnienie zapasów w pobliskim markecie, płacimy za cały nocleg 3 RON X 17 h i przez Sybin ruszamy krętymi drogami, by po ok 120 km dotrzeć do miejscowości Hunedoara, gdzie znajduje się zamek Corvina – kolejny powiązany z Drakulą. 

Dojeżdżamy bez większych problemów, choć od razu trzeba powiedzieć, że zamek jest położony w okropnej okolicy. Nie chodzi o okoliczności przyrody, tylko o miasto. Zawalone kominami, hutami, które wygląda na to, że w większości nie funkcjonują. Sam zamek ciężko jest dostrzec, i oczom się okazuje dopiero gdy dojedzie się do samego celu. Ale jakby przymknąć oczy na okolicę to zamek zdecydowanie robi wrażenie. Piękny, duży, połączenie surowości ze zdobieniami. Bryła zamku jest niezwykle chętnie fotografowana i absolutnie nie ma się czemu dziwić. Ze względu na to, że to sobota, kręci się sporo osób, na wejściu trafiamy na inscenizację, którą jednak ciężko zrozumieć, bo jest zdecydowanie przegadana i to po rumuńsku. W środku zamku panuje lekki chaos – niby są strzałki, ale nie do końca wiadomo gdzie iść, niby w środku są jakieś wystawy i eksponaty, ale czasem ciężko domyślić się o co właściwie chodzi, bo opisów brak…Jednak same wnętrza – robią wrażenie. Surowe, ciężkie i mroczne. To taki klimat zamków, który najbardziej lubimy. I dobrze, że tam pojechaliśmy.

Parking 20 RON, przekąsiliśmy coś na szybko w kamperze i czas ruszać dalej – góry zachodniej Rumunii (Apuseni) i piękne jaskinie. Jedziemy ok. 145 km na camping Turi. Dojeżdżamy ok 17, więc do końca dnia stawiamy na relaks. Okazuje się, że camping jest super, akurat jest sobota, więc trochę rodzin z Rumunii spędza tu weekend –  robią ogniska, dużo dzieci ,bardzo przyjemnie spędzamy czas, kiełbaska ,prysznic , wymiana toalety i spać 🙂

IMG_8675 (Copy)
zamek Hunedoara

Dzień 9 – Jaskinia Niedźwiedzia – Jaskinia Meziad

Dzisiaj leniwie, wstaliśmy o 7 rano, ale poranny rozruch zajął nam jakieś 3 godziny. A dzisiaj dzień jaskiń – odwiedziliśmy nie jedną, a dwie. Zupełnie inne i obie warte obejrzenia. 

Jaskinia niedźwiedzia – coś co było na naszej liście od początku. Z kempingu czekało nas ok 40 minut jazdy, więc dość sprawnie dojechaliśmy. Na miejscu duży parking, można zaparkować kamperem za 10 RON. Po drodze do jaskini mijamy niezliczoną ilość straganów, na których można kupić między innymi oryginalne nalewki 50-60% w 10 różnych smakach po 30-40 RON, jak również syropy po 10-15 RON. Kupiliśmy jedne i drugie i okazały się naprawdę dobre 🙂

Budynek, w którym były kasy (i jak się okazało potem – bezpośrednie wejście do jaskini) lata świetności miał chyba w latach 80… po zakupieniu biletów udajemy się na 1 piętro, by poczekać na przewodnika. W międzyczasie, rzucają mi się w oczy zasady zwiedzania – zakaz fotografowania i zwiedzanie w niewielkich grupach. Tak tylko żeby uświadomić sobie jak bardzo zasad przestrzegają Rumunii – nasza „niewielka” grupa to ok 50 osób – wszyscy, którzy byli w tym czasie na miejscu, dodatkowo zwiedzamy po rumuńsku 😉 Jeżeli chodzi o zakaz robienia zdjęć – pierwsze flesze zauważamy po kilku minutach (większość osób stara się je początkowo robić dyskretnie telefonem i bez flesza, ale po krótkim czasie i braku reakcji ze strony przewodnika – już nikt się nie kryje ;-). Sama jaskinia – robi wrażenie. Jest jednocześnie zimna i ciepła – pewnie dlatego, że ściany jak i formacje skalne mają beżowo -miodowe odcienie, ewentualnie brązowe. Stalaktyty, stalagmity – te nazwy są powtarzane wielokrotnie (po rumuńsku brzmią tak samo jak po polsku), a my sobie przypominamy które to zwisające z góry, a które narastające od spodu. Jesteśmy zafascynowani tym co widzimy, w tym szkieletem niedźwiedzia zrekonstruowanym ze znalezionych w jaskini kości kilku / kilkunastu osobników. Jaskinia jest pięknie podświetlona i ma wygodny chodnik ponad poziomem podłoża, po którym poruszają się grupy. 45 minut zwiedzania warte swojej ceny.

Obok parkingu znajduje się restauracja, w której możemy za 15 RON zjeśc jedną z ciorb (wzielismy 3 i wszystkie były super) oraz pyszne mici (kiełbaski bez osłonek) i domowe frytki. Jaskinia niedźwiedzia miała być jedyną, którą odwiedzimy, ale właściciel kempingu opowiedział nam o jaskini, która znajduje się w wiosce obok – Meziad i zdecydowaliśmy się tam pojechać.

Oficjalny parking znajduje się ok km od wejścia, polecamy się tu zatrzymać, by potem swobodnie wczuć się w klimat lekkiego trekkingu 🙂 – do jaskini prowadzi droga szutrowa, kończy się urokliwą ścieżką po schodach na górę, gdzie można kupić bilety i pamiątki. Jest zdecydowanie mniej ludzi niż w poprzedniej jaskini, wejście jest co godzinę, więc musimy trochę poczekać, w tym czasie przewodniczka opowiada nam co nieco o jaskini, która ma ok 10 mln lat (akurat naszą grupę w jaskini będzie prowadzić dziewczyna, która nie zna angielskiego, więc dobrze dowiedzieć się czegoś nieco wcześniej).  Wejście do jaskini daje przedsmak tego co nas czeka, jest olbrzymie, jak otwarte wrota między drzewami. Po wejściu robi się coraz lepiej… i tak jest już do końca. Jaskinia zachwyca – jest olbrzymia (ok 6 km trasa, z której dla turystów jest udostępniane 1,5km), wysoka – miejscami wchodzimy w przestrzenie, które mają kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt metrów, mroczna – panujące kolory to szary, czarny, kremowy i absolutnie magiczna. Klimatyczne podświetlenie przenosi nas skojarzeniami do Morii z Władcy Pierścieni. Jest zupełnie inna niż Jaskinia Niedźwiedzia (choć i tu odnaleziono szkielety niedźwiedzi) i jej klimat zdecydowanie bardziej do nas przemawia. Połączenie Morii i Księżyca. Jest bardziej prosta – nie ma aż tylu nacieków skalnych, stalaktytów czy stalagmitów, ale te, które się pojawiają często przyjmują ciekawe kształty. Sama trasa też jest dynamiczna – oprócz prostych chodników, dużo jest schodów – wejścia w górę, zejścia w dół. I kolejny szkielet niedźwiedzia. Te 1,5 kilometra starczy, by poczuć ogrom natury i przenieść się do innego świata. Bardzo polecamy. A po wszystkim przy parkingu jest knajpka z dobrym Papanasi ;). Wsiadamy w kampera i po 20 min jesteśmy na campingu :).

jaskinia niedźwiedzia
IMG_8736 (Copy)
IMG_8733 (Copy)
jaskinia Meziad
IMG_8782 (Copy)
IMG_8763

Dzień 10 – droga powrotna Remetea [RO] – Liptovsky Trnovec [SK]

Czas wracać w kierunku Polski, przed nami ponad 550 km. Nasz cel – Słowacja – okolice Tatralandii – dzisiejszy dzień poświęcamy na transfer i chillout, jutro odpoczywamy dalej – tym razem w aquaparku i potem ruszamy już do Polski. Droga przez Oradea, na dwóch pasach, potem na zmianę – trochę autostrady, trochę pseudo autostrady, i tak do samej granicy, na której był spory korek, na szczęście tylko dla samochodów ciężarowych. Przez Węgry, podobnie jak w tamtą stronę – mknie się szybko na dwóch pasach, w miarę szybko dojeżdżamy na Słowację, gdzie trafiliśmy na trochę remontów na trasie. Finalnie, po 8 godzinach (w tym godzinna przerwa) udało nam się dojechać na Mara Camping – z olbrzymim potencjałem, ale jakoś tak nie ma chyba mądrej głowy by odnowić camping z lat 80 na nowe cacko 🙂 Jest jeszcze przed sezonem, więc obłożenie tylko częściowe, przez co można się nacieszyć większą przestrzenią i widokami… jezioro i Tatry. Woda i góry. Piękne połączenie. Tylko jest zimno, wietrznie, coś tam kropi… zupełnie inaczej niż w Rumunii. Raczymy się całkiem smaczna pizzą z knajpy po sąsiedzku i Kofolą. Jutro totalny chillout, dzisiaj idziemy spać z poczuciem zrobienia czegoś fajnego, dobrego dla nas.

IMG_8794 (Copy)

Dzień 11 – Tatralandia [SK] – Katowice [PL]

To w zasadzie ostatni dzień tego wyjazdu.. Co się zawsze wiąże z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony było bardzo intensywnie i człowiek by trochę odpoczął po urlopie, z drugiej żal się rozstawać z kamperem i wracać do codzienności. Ale po kolei – dzisiejszy dzień został zaplanowany jako zasłużony relaks. O 10 byliśmy już pod Tatralandią (nie było to zbyt trudne – aquapark był 3 km od naszego kempingu :-)) Bilety są robione nieco podchwytliwie – 3 godziny albo całodzienny. Decydujemy się na ten drugi (31 EUR, dzieciaki za darmo), żeby nie musieć się spieszyć. I to był dobry wybór 😉

Szybkie wejście, na szczęście było dosyć mało ludzi, w środku pięknie, dużo światła dziennego, mnóstwo palm i innej zieleni, baseny termalne i wszystkie mega ciepłe 🙂 Do tego tym dużo basenów na dworze, z super temperaturami – fajnie się balansuje 40 stopni w basenie z o wiele chłodniejszym powietrzem. Są też różne zjeżdżalnie pontonowe – wszystkie na zewnątrz – część była akurat w remoncie, choć akurat przy takiej pogodzie korzystanie z nich staje się sportem lekko ekstremalnym – trzeba się wychłodzić i musi Cię owiać, by skończyć w gorącej wodzie.

Dla młodszych dzieci (do lat  6) jest fajna strefa – całe piętro – sztuczne ulice, samochodziki, piłeczki itp. Idealne, by się nieco wysuszyć. Na wielki plus strefa obiadowa – wzięliśmy carbonarę, makaron z krewetkami i kwaśnicę – wszystko zaskakująco smaczne, cenowo też do zniesienia (makarony 9,99 EUR, zupa 4 EUR). Prawdopodobnie byśmy spędzili w Tatralandii więcej czasu bez dzieci – w wodzie są stoliki, można zamawiać drinki i piwko, ale i tak wyszliśmy stamtąd po niemal 5 godzinach – dzieci padnięte, my mega zrelaksowani.

Musieliśmy jeszcze spokojnie dojechać do Polski, a mieliśmy 3,5 godziny jazdy do Katowic, gdzie mieliśmy zaplanowany ostatni nocleg. Dzieciaki spały, a nam trasa szybko i przyjemnie upłynęła. Okazało się, że w Katowicach zatrzymaliśmy się na świetnym campingu (215) – duże parcele, dobrze odseparowane, całkiem niezłe zaplecze, a do tego dookoła parki i jezioro. Wieczorem samochód doprowadzony do porządku (łącznie z myjnią, na którą mimo teoretycznego ograniczenia 3,2 m kamper spokojnie się zmieścił), a my szykujemy się do ostatniej nocy – rano musimy być w Gliwicach – na szczęście przed nami tylko 20 minutowa trasa  😉 

Można odetchnąć przejechaliśmy ponad 2,5 tys km i jak na razie bez szkód – jedyne to te które sami zrobiliśmy – Marta urwany siłownik od szyby, Marcin – urwana kotara/zasłonka – baliśmy się, że dzieciaki nam coś rozwalą, a okazało się, że to my 😉

IMG_8848 (Copy)