Australia i Nowa Zelandia – 4 tygodnie na krańcu świata

Przygotowania

Jak pojechać do Australii? – kupić bilety z wyprzedzeniem, a potem zacząć oszczędzać i planować 🙂
Bilety – skorzystaliśmy z wyszukiwarki Flipo, gdzie można znaleźć przyjemne loty do Australii tylko z jedną przesiadką w Dubaju (lot 6h+14h, 5h przesiadki).
Planowanie – „Australia jest ogromna” i tego się trzymajmy. Nie zobaczymy wszystkiego w jeden miesiąc, dlatego warto dostosować nasz czas podróży do odległości, które mamy do pokonania i co najważniejsze pory roku.
Noclegi – ze względu na podróż w grudniu, który jest początkiem wakacji w australijskich szkołach, wszystkie noclegi przed wyjazdem mieliśmy zaplanowane za pośrednictwem stron: booking.com, hotels.com, parków narodowych oraz campingów.
Wynajem samochodu – warto korzystać ze sprawdzonych stron, w końcu jedziemy na drugi koniec świata i nie zależy nam na niespodziankach, my polecamy https://spaceshipsrentals.com.au/ oraz https://www.jucy.com/au/en/

Australia i Nowa Zelandia w 4 tygodnie- trasa i dziennik podróży

Podróż do Australii

Gotowi… do lotu… start!
Pełni obaw o 20-godzinny lot z 17-miesięcznym dzieckiem wsiedliśmy na pokład samolotu linii Emirates. Klasa ekonomiczna, która jako jedyna mieściła się w naszym budżecie, okazała się szczególnie komfortowa. Pakiet powitalny (skarpetki,szczotekczka z pastą do zębów itp.), szerokie siedzenia, dużo miejsca na nogi, „komputer pokładowy z setkami filmów i koncertów”, a do tego masa dobrego jedzenia sprawiły, że szybko zapomnieliśmy o długości lotu. Okiem rodzica, duża przestrzeń, specjalne prezenty od załogi lotu (misie,kolorowanki), możliwość przygotowania mleka oraz ulubione bajki na monitorach, pozwalają na „dość” łagodną podróż.

Melbourne

Jeszcze tylko szczegółowa kontrola celna i jesteśmy! Z lotniska do centrum możemy dojechać w 30 minut przez całą dobę np. liniami Skybus. Nocleg wybraliśmy w centrum (Arrow on Spencer), by w ciągu 3 dni poczuć klimat stolicy kultury Australii nie tracąc czasu na dojazdy.
City wchłania nas swoją różnorodnością. Flinder Station, Federation Square, Queen Victoria Market, Royal Exhibition Building, Melbourne Museum oraz murale na Hosier Lane pokazują jak nowość przeplata się z tradycją i historią. Wspomnijmy również o klimatycznym ChinaTown w którym możemy zjeśc pyszne jedzenie i to w dobrej cenie. Zielona promenada rzeki Yarra oraz niezliczone parki pozwalają skryć się przed upałem i odpocząć. Co ciekawe, wszystkie te atrakcje są za darmo, a dzięki funkcjonującej w centrum miasta Free Tram Zone dojedziemy do nich nie tracąc ani jednego dolara. Warto również odwiedzić SkyDeck w Eureka Tower, gdzie z 88 piętra rozciąga się niesamowita panorama całej aglomeracji
Niewymuszona gościnność mieszkańców Melbourne i przyjazność miasta sprawia, że chcielibyśmy zostać tu na dłużej. Wiemy jednak, że to dopiero początek naszej przygody, a już jutro wyruszamy na spotkanie z australijską przyrodą na której nam najbardziej zależy :).

zielone Miasto
Melbourne starówka

Ballarat (Sovereign Hill) – Peterborough

Zaczynamy dzień od wypożyczenia auta w firmie Jucy (oddział przy lotnisku), które odbyło się bez żadnych niespodzianek. Czekał na nas Mitsubishi Outlander z ogromnym bagażnikiem. Pojawiły się obawy o trudności w przystosowaniu się do ruchu lewostronnego, natomiast po 2 przejechanych rondach zapomnieliśmy o nich ; ).
Naszym kierunkiem jest Peterborough (GOR Tourist Park), czyli początek słynnej drogi Great Ocean Road. Nie moglibyśmy jednak po drodze nie odwiedzić centrum gorączki złota z XIX wieku czyli miasta Ballarat, a dokładniej skansenu Sovereign Hill.
Po przekroczeniu bram, przenosimy się do zupełnie innego świata, krainy złota i nadziei. Namioty, szałasy, prowizoryczne osiedla robotnicze pokazują trudy życia poszukiwaczy. Przepływający obok strumień pozwala na poznawanie technik pod okiem „mieszkańców” skansenu.
Przechodząc do miasteczka, jesteśmy świadkami wielu scen, które grane są przez niezliczoną ilość statystów skansenu. Co raz następuje zatrzymanie złodziei, pochód oddziałów wojskowych, których strzały słychać co chwilę, szalone jazdy wozów z pięknymi końmi czy też spotkania w Saloonie. Możemy również zwiedzać kopalnię złota, kuźnię, sklepy spożywcze i włókiennicze, a nawet zakład pogrzebowy w którym „pracownik” ochoczo pobiera od nas miarę. Wszystkie te miejsca wzbogacone są o bezpłatne warsztaty, w których przykładowo możemy poznać sposoby produkcji złotych sztab. W świecie poszukiwaczy złota można stracić cały dzień, nas czeka jeszcze droga, dlatego po kilku godzinach obieramy kurs na ocean, a dokładnie na miasteczko Peterborough, gdzie spędzimy noc, by już od rana móc podziwiać południowe wybrzeże Australii.

zjawiskowa kopalnia złota
IMG_0305 (Copy)
wspaniałe inscenizacje i klimat

Great Ocean Road

Czekaliśmy na ten dzień, na naturę. By uniknąć ogromnych tłumów przyjeżdzających od wschodu na jednodniowy trip z Melbourne, rozpoczynamy nietypowo, od zachodniej strony, którą polecamy (w godzinach porannych istnieje duża szansa, że nie spotkamy nikogo). Na całej trasie jest masa spektakularnych punktów widokowych. Są one dobrze oznakowane, a dojazd jest bezpośrednio z trasy. Wspomnę te które wybraliśmy my: The Grotto, London Bridge, The Bakers Owen, Thunder Cave, Loch Ard Gorge, The Razorback oraz The Twelve Apostles Lookout. Widok 12 Apostołów, choć spektakularny, to jest zakłócony tłumami turystów, głównie z Azji. 

Great Ocean Road
Apostołowie

GOR – The Grotto

Z całego GOR jednak to The Grotto zapadnie nam na długo w pamięci, to było nasze pierwsze „zderzenie” z siłą natury, którą byliśmy otoczeni tylko my.

IMG_0370 (Copy)
IMG_0355 (Copy)

Great Otway National Park

Koala.. gdzie są te misie? By je spotkać najlepiej zjechać z GOR do Parku Narodowego Great Otway. W samym sercu parku, z dala od masy turystów, znajduje się Bimbi Park Under Koala. Otoczony drzewami, na których wylegują się całym dniami koale, a nocami słychać ptaki, które wydobywają z siebie dźwięki, w które trudno uwierzyć 🙂

Panda w Otway park

Jedną z atrakcji parku jest OtwayFly, a dokładnie 2 km trasa na platformie wznoszącej się nad koronami drzew na ponad 30 metrów. Przed wejściem rozbawił nas jeden napis „jeżeli nie pada to znaczy, że dopiero co padało albo zaraz zacznie padać”. Tereny parku porastają lasy deszczowe, które przypominają te z filmów Jurassic Park. Ogromne drzewiaste paprocie wprowadzają nas w niesamowity klimat.

Park oferuje także piękne plaże, klify, niezliczoną ilość wodospadów, my natomiast wracamy na lotnisko w Melbourne, z postojem w mieście Torquay (Torquay Hotel Bell Street), by wyruszyć do Nowej Zelandii.

NOWA ZELANDIA

Coromandel Forest Park

4 h lotu z Jetstar za nami, jesteśmy w Auckland. Postanowiliśmy zrezygnować ze zwiedzania miasta by w pełni wykorzystać czas na podziwianie natury zielonej wyspy. Po odebraniu samochodu z lotniska ( jucy.com) obraliśmy kierunek na Coromandel Forest Park.
Po drodze, by skosztować jednego z lokalnych specjałów – smażonej ryby z kiełbasą i frytkami, zatrzymaliśmy się w urokliwym miasteczku Coromandel. Rzec, czas się tu zatrzymał to tak na prawdę nic nie powiedzieć : ). Odczuwalny jest nieśpieszny tryb życia mieszkańców.
Dzisiaj nocujemy w Whitianga (Bayside Holiday Units Whitianga), gdzie właściciel hostelu zmienił nasze plany polecając nam tajemniczą zatokę (New Chums Beach), która nie jest dobrze znana turystom (trzeba nieco przejść). Był to strzał w dziesiątkę, po pokonaniu urokliwych zarośli naszym oczom ukazała się zatoka z piękną plażą, na której oprócz nas nie było nikogo.
Następnego dnia, wyjechaliśmy skoro świt by zdążyć na największą atrakcję Parku, czyli położonego w Mercury Bay Hot Water Beach. O co chodzi, pod plażą, na głębokości około 2 km, znajduje się nieustannie zastygająca magma, która podgrzewa wodę znajdującą się w rezerwuarze nad nią. Z tego zbiornika, dwie godziny po odpływie, przez kolejne dwie godziny wypływa na powierzchnię gorąca woda ( około 60C). I tu zaczynamy zabawę, wzdłuż podziemnego źródła należy (w odpowiednim miejscu) wykopać dół na plaży by móc cieszyć się napływającą do dołu ciepłą wodą. Warto zaopatrzyć się w łopatę (te do kupienia lub wypożyczenia przy plaży) oraz wiaderko, my móc ochładzać wodę w naszym baseniku wodą morską. Przydatna jest również tablica informacyjna przy wejściu na plażę, która dokładnie pokazuje gdzie należy kopać by się dokopać ; ).

dzika plaża w Nowej Zelandii
hot water

Hobbiton

Tego dnia, czekała nas jeszcze jedna atrakcja… 20 lat marzyliśmy by znaleźć się tam, gdzie Bilbo Baggins rozpoczął swoją wyjątkową podróż. Hobbiton, jest miejscem nieustannie obleganym przez turystów, dlatego też warto zarezerwować bilety z wyprzedzeniem na określoną godzinę.
Należy to przyznać, ruch wycieczkowy jest bardzo dobrze zorganizowany. Każda grupa licząca około 20 osób ma swojego przewodnika, który o określonej godzinie zabiera całą grupę do dedykowanego autobusu jadącego do Shire. Przy parkingu znajduje się restauracja ze sklepem, w którym możemy kupić masę pamiątek nawiązujących do filmu.
Wybiła 14.30 zaczynamy. Nasz przewodnik od samego początku serwował nam niezliczoną ilość ciekawostek dotyczących kręcenia filmu np. w podzięce za pomoc przy budowie drogi na plan zdjęciowy, żołnierze sił nowozelandzkich mogli zagrać orków w jednej ze scen bitewnych, albo przy kręceniu jednej z początkowych scen Hobbita, podczas imprezy urodzinowej Bilba, Peter Jackson celowo postawił masę ciast,słodyczy dla dzieci by biegały jak na prawdziwym haju cukrowym. Dla starszych, trunki 2%, tak by zabawa wyglądała jak najbardziej naturalnie.
Po 20 minutach dojeżdżamy, do wioski. Urokliwe pagórki, a na nich chatki, wywieszone prania, rosnące warzywa i owoce. Słynna ławka przed domem Bilba, na której razem z Gandalfem ucinali pogawędki. Kamienny most prowadzący do karczmy w której możemy wypić pyszne pinty. Wszystko jest takie, jakby nadal żyły tu hobbity, a my przez te 2 godzinny jesteśmy ich gośćmi. Jest dokładnie tak jak sobie wyobrażaliśmy sielankowo i mistycznie. Nieśpiesznie opuszczamy Hobbiton, by spędzić noc w mieście siarki, czyli Rotorurze.

Hobbiton
IMG_0904 (Copy)
IMG_1002 (Copy)
IMG_0873 (Copy)

Rotorua 

Witamy w stolicy zjawisk geotermalnych. Charakterystyczny zapach siarkowodoru jest odczuwalny na każdym kroku i można szybko przyzwyczaić się do niego, a nawet trzeba ;). By zobaczyć na własne oczy bulgoczące gejzery udaliśmy się do Wai-O-Tapu. Miejsce w którym zjawiska podziemne dzieją się na naszych oczach. Co chwilę mijamy stawy, które dzięki wielu minerałom barwią się na różne kolory. Należy jednak pamiętać, że niektóre z nich mają temperaturę dochodzącą do 100 C i więcej!

dzika Rotoura
IMG_1115 (Copy)

Mieliśmy chęć na kąpiel w tych ciepłych źródłach, dlatego oddaliliśmy się o 35 km do miasta, by dojechać do Kerosene Creek. Do miejsca, w którym gorąca woda z naturalnego źródła pod ziemią wlewa się do rzeki. Dzięki ułożonym przez mieszkańców skałom, obok 2 – metrowego wodospadu, tworzą się gorące baseny. Możemy w nich relaksować się do woli, są zupełnie bezpłatne, należy jednak pamiętać (jak w całym kraju) by posprzątać po sobie.

Na koniec dnia, odwiedziliśmy Redwoods Park. Od samego początku budził nasze zainteresowanie za sprawą sekwoi oraz gigantycznych paproci (symbolu kraju). Specjalne platformy pozwalają zatracić się w naturalnej przyrodzie, która jest spektakularna.

IMG_1137 (Copy)
IMG_1167 (Copy)

Rotorua jest również kulturową stolicą Maorysów. Stanowią oni niemal 40% społeczeństwa, a dzięki miejscom takim jak Whakarewarewa możemy poznać ich kulturę. Tewhakarewarewatangaoteopetauaawahiao, ten ciekawy napis, będący nazwą wioski w języku Maorysów, wita nas razem z naszym przewodnikiem. Poznajemy historię miejsca oraz zwyczaje i kulturę. Dobrze zachowana wioska pozwala poznać tajniki kuchni z wykorzystaniem naturalnych cudów geotermii do gotowania, kąpieli i ogrzewania. Możemy również sprawdzić jak smakuje kukurydza / kanapka ze świeżo przygotowanym mięsem. Warto również wziąć udział w pokazie tradycyjnych pieśni, powitania i tańca Haka.

Zaskoczeni bogactwem kulturowym i krajobrazowym, powoli opuszczamy region Maorysów, należy jednak dodać, że jest to również stolica sportów ekstremalnych. W naszym hotelu (Base Rotorua) pełno jest ofert spływów, skoków, wspinaczek i różnego rodzaju zjazdów linowych itp.

Maorysi

Huka Falls, Taupo

Jadąc do Tongariro National Park, po drodze warto odwiedzić Huka Falls. Na odcinku 100 metrów, koryto najdłuższej rzeki Nowej Zelandii Waikato, zwęża się do 15 metrów. Przez ten wąski kanion przepływa ponad 200 tys. litrów wody na sekundę, tworząc przy tym niesamowity spektakl. Bliskość barierek, most na rzece, pozwala z bliska odczuwać potężną prędkość i siłę żywiołu.
Po kilku kilometrach dojeżdżamy do turystycznego miasta Taupo. To właśnie tu możemy udać się do McDonalda i skosztować Kiwiburgera w samolocie. Jednak największą atrakcją jest tajemnicze jezioro Taupo, w języku Maorysów „Gdzie panuje noc”. Objeżdżając jezioro, warto zatrzymać się na jego dzikim brzegu. Kąpiel w kalderze superwulkanu ma niepowatarzalny klimat.
Zbliżając się do naszego noclegu (The Park Hotel Ruapehu), wyraźnie rysowały się szczyty wulkanów, na które czekaliśmy tak długo : )

Tongariro National Park (Mordor)

Dzisiejsza trasa prowadzi nas prosto do „Mordoru”…
Głównym powodem dla którego chcieliśmy odwiedzić park były dwa nadal czynne wulkany Ruapehu oraz Ngauruhoe. Odgrywały role kolejno: Samotnej Góry w ekranizacji Hobbita oraz Góry Przeznaczenia we Władcy Pierścieni. Obydwa szczyty górują wśród bezkresu otaczającej nas zieleni.
Park oferuje wiele tras trekkingowych. Warto wspomnieć o Pętli Północnej Tongariro o długości ponad 40 km oraz najbardziej znanym, jednodniowym szlakiem Tongariro Alpine Crossing. Jest magnesem, który przyciąga turystów chcących znaleźć się pośród księżycowego krajobrazu. Należy jednak pamiętać, że panujące na 19 km szlaku warunki pogodowe są ekstremalnie zmienne i w ciągu kilku chwil aura może się diametralnie zmienić. Ze względu na naszego niespełna 2-letniego odkrywcę przeszliśmy płaską część szlaku, która i tak ,za sprawą wielu historycznych erupcji, pozwoliła nam przenieść się do scenerii filmowego Mordoru. Obiecaliśmy sobie, że kiedyś tu wrócimy by przejść szlak w całości : ).

szlakiem Władcy pierścieni

Wellington

Stolica Nowej Zelandii była naszym ostatnim przystankiem (Quince Lodge – Bed & Breakfast). W malowniczo położonym mieście jest ponoć więcej barów i restauracji niż w całym Nowym Jorku. Faktycznie, na każdym kroku możemy skosztować niemal każdej kuchni świata, wypić wyborne kraftowe (nie tanie) piwa bądź poczuć zapach palonej kawy. By uchwycić miasto z lotu ptaka możemy skorzystać z Cable Car, który dowozi nas na szczyt z którego rozpościera się piękny widok na miasto.
Centrum, składa się z „dobrze poukładanych” ulic, które ze specyficzną zabudową i małymi punktami zieleni tworzą przyjazną spójność. Na uwagę zasługuje również nowoczesne nabrzeże miasta, przyjazne długim spacerom w towarzystwie krystalicznie czystej wody, w której co raz przepływały płaszczki. Warto zwiedzić Muzeum Narodowe Nowej Zelandii Te Papa Tongarewa, w którym możemy zgłębić kulturę i historię kraju, jak również podziwiać czasowe wystawy sztuki nowoczesnej. Na przedmieściach znajdują się wytwórnie filmowe, w tym Miramar, niestety nie ma już planów filmowych produkcji Petera Jacksona, możemy jedynie „zwiedzić” dość duży sklep z pamiątkami.
Na koniec lotnisko, które jak cała Nowa Zelandia zaskakuje nas niewymuszonym luzem i gościnnością – możemy spotkać postacie ze wspomnianych już produkcji, Gandalfa lecącego z orłami, Golluma czy też Smauga.
Opuszczamy Kraj Długiej Białej Chmury, wiedząc, że naszym obowiązkiem jest wrócić tu na dłużej. Na szczęście nie kończymy naszej przygody, przed nami powrót do Australii, gdzie czeka na nas campervan i wschodnie wybrzeże.

IMG_1546 (Copy)
IMG_1482 (Copy)
IMG_1481 (Copy)

AUSTRALIA

Springbrook National Park

Cztery godziny przyjemnego lotu i ponownie jesteśmy w Australii. Tym razem lądujemy w mieście Brisbane (Best Western Airport 85 Motel). Następnego dnia dość sprawnie odbieramy campervana nazwanego „RedDwarf”. Przez kolejne dni będzie naszym małym domkiem z którym przemierzymy całe wybrzeże Nowej Południowej Walii. Przyroda nas woła, dlatego rezygnujemy ze zwiedzania miasta by ruszyć na południe.
Dzisiaj śpimy w samym sercu parku. Osiem, przygotowanych przez władze parku, zatoczek w środku lasu (booking możliwy na stronie parku). Odetchnęliśmy z ulgą, oprócz nas dwa stanowiska będą również zajęte na noc. Dookoła pełno zwierząt, natomiast najbardziej spektakularne są „śpiewy” ptaków po zmierzchu. Nieznane nam dźwięki, wiszące karteczki informujące o pająkach i jadowitych wężach tworzą ciekawy klimat ; ).
Z rana budzą nas skaczące przy samochodzie torbacze. Nieśpiesznie zaczynamy dzień, gotowanie i jedzenie na świeżym powietrzu jest dla nas czymś wspaniałym.
Park oferuje masę tras i atrakcji, warto zajrzeć na stronę www. My udaliśmy się na Cougal Cascades, Currumbin Rock Pool oraz Natural Bridge Circuit. Spacerowanie po lasach deszczowych ma swój unikalny klimat. Pod koniec dnia kierujemy się w stronę oceanu.

Byron Bay

Zamknijmy oczy, przenieśmy się do miejsca, gdzie płynie wolniej czas. Nieśpiesznie spacerujemy wzdłuż kolorowych barów. Za rogiem słychać młodych muzyków, grających reagge dla bosych przechodniów. Idąc za grupą wesołych hippisów trafiamy na rodzinny festiwal, na którym okoliczne grupy społeczne prezentują swoje rękodzieła bądź pokazy taneczne. Wraz z opadającym słońcem przenosimy się na tereny zielone przy plaży. W specjalnych strefach korzystamy z darmowych gazowych grilli i ucztujemy na kocach słuchając kolejnych artystów grających na gitarze. Tak wygląda, tak odczuwamy nieśpieszny klimat miasteczka, którego było nam dane być częścią przez jeden dzień. Noc spędziliśmy w jednym z wielu flagowych campingów Discovery rozsianych po całym wybrzeżu, które bardzo polecamy.

Coffs Harbour / Dorrigo National Park

Kontynuując naszą drogę na południe mijamy szerokie plaże, na których trudno znaleźć kogokolwiek (np. Sapphire Beach). Noc spędzamy w małym miasteczku Coffs Harbour (Big4 Holiday Parks), w którym warto udać się na spacer na Mutonbird Islands. Na jej szczycie uchwycimy piękny widok na zatokę będącą w tle pagórków lasu deszczowego Dorrigo National Park.
Park oferuje kilka ciekawych ścieżek pozwalających poznać przyrodę i historię, występujących tu, bujnych lasów deszczowych. Skywalk Lookout oferuje panoramiczne widoki na dolinę Bellinger z głębokimi dolinami i wąwozami, porośniętymi bogatym lasem deszczowym. Dzięki podwyższonej promenadzie w Walk with the Birds boardwalk możemy podziwiać jedne ze 150 gatunków ptaków. Naszym zdaniem numerem jeden jest Crystal Shower Falls Walk. Przemierzając szlak między wysokimi drzewami kolejny raz możemy poczuć się jak na planie filmowym Jurrassic Park. Napotykamy jaszczurki, węże i niezliczoną ilość ptaków. Dodatkowych wrażeń dostarcza most wiszący z którego możemy podziwiać skalistą jaskinię skrytą za wodospadem. Co więcej, można do niej wejść. Pamiętajmy, szczególnie w australijskie lato, być mieć przy sobie odpowiednią ilość wody, temperatury bywają wycieńczające. Uciekamy z powrotem nad ocean.

Port Macquarie

Na kolejny nocleg wybraliśmy camping Flynns Beach Caravan Park. Po wystrojonych „poletkach” kamperowców powoli czuć świąteczną atmosferę ; ). Pobliska plaża ze skalnym wybrzeżem daje nam odetchnąć od upałów. Z rana wyruszamy do Koala Hospital, miejsca w którym ponad 200 wolontariuszy zajmuje się rehabilitacją zwierząt. Można dołożyć swoją cegiełkę w ten ważny cel oraz zapoznać się z problemami z którymi koale borykają się na co dzień. Przed nami dużo km, więc w drogę do Jervis Bay!
W połowie trasy mieliśmy przyjemność odwiedzić naszą znajomą z Polski w urokliwym Avoca Beach. Pozdrawiamy serdecznie Gosię z rodziną : )

Terytorium Jervis Bay

200 km na południe od Sydney jest miejsce, w którym krystaliczne czyste wody spotykają się z pięknymi plażami z białym piaskiem. Co ciekawe, niemal 90% terenu należy do plemion aborygeńskich. By w pełni skorzystać z uroków miejsca, wybraliśmy camping zarządzany przez władze parku w samym sercu zatoki (booking na stronie Parku) . Standardem w tego typu miejscach jest „zatoczka” dla jednej grupy, odseparowana w naturalny sposób drzewami. To tu spotkaliśmy duże kangury, węże i różnego rodzaju torbacze i oposy , które zaglądały często do naszego obozowiska ; ). Green Patch Camping położony jest przy samej plaży, która wpisana jest do księgi rekordów Guinnessa jako ta z najbielszym piaskiem na ziemi. Niesamowity relaks… Na uwagę zasługują również rozległe Booderee Botanic Gardens oraz Cave Beach.

Informacje dotyczące BushFires towarzyszyły nam od pierwszego dnia naszej przygody, natomiast dopiero tu zobaczyliśmy siłę żywiołu, który pustoszył tereny południowo-wschodniej Australii. Poranek, w którym z czerwonego nieba spadał popiół zapadnie w naszej pamięci na zawsze. W oddali widać kłęby dymu płonących lasów. Wieczorem zostaliśmy ostrzeżeni przez Władze Parku o ewentualnej pobudce i ewakuacji. Rankiem, scenariusz w którym wiatr przesuwa pożary w naszą stronę, okazał się prawdziwy, musieliśmy opuścić miejsce.

Doskonałym planem awaryjnym, okazała się Seven Mile Beach. Byliśmy tu tylko my, piasek na 10 km plaży oraz delfiny w oceanie, które co chwilę skakały nad wodą. Noc spędziliśmy na pobliskim campingu Discovery Parks Gerroa

Blue Mountains

Zbliżamy się do Sydney, czeka na nas jeszcze jeden przystanek – Góry Błękitne. Nazwę swoją zawdzięczają unoszącym się do góry olejkom eterycznym pochodzącym z porastających zbocza górskie eukaliptusom. Tworzą one niebieską mgłę, którą możemy podziwiać z wielu punktów widokowych. Zatrzymaliśmy się w Katoomba Falls Tourist Park, z którego blisko jest do popularnych atrakcji parku. Możemy udać się na szlak by zobaczyć pobliskie wodospady bądź spędzić dzień w Scenic World, który oferuje cztery wyjątkowe atrakcje.

  • Scenic Railway, zjazd, jedną z najbardziej stromych kolejek na świecie (ponad 50% nachylenia!). Jest to pozostałość po kopalni, w której kolejka była wykorzystywana do wyciągania węgla z dna doliny.
  • Scenic Skyway, kolejka linowa unosząca się niemal 300 metrów nad dnem doliny. Jadąc wzdłuż wąwozu możemy podziwiać widoki również przez szklaną podłogę, która podnosi naszą adrenalinę : ).
  • Scenic Cableway, 545 metrowa kolejka, która zjeżdża łagodnie w głąb doliny, pozwala nam dokładnie przyjrzeć się stromym klifom oraz najbardziej znanym „Trzem Siostrom”. Wysiadając na końcu, możemy udać się na Scenic Walkway, 2,4 kilometrową „promenadę” wzdłuż lasu deszczowego.

Niestety pożary dotarły również tutaj. Duża część szlaków została zamknięta, a temperatura powietrza przekroczyła 40 stopni. Na szczęście był to nasz ostatni dzień w campervanie, jedziemy do Sydney!

Sydney

Na koniec naszej podróży spędziliśmy cztery dni w najstarszym i największym mieście Australii. Po oddaniu RedDwarfa (polecamy firmę Spaceships), czekał na nas nocleg w Seasons Harbour Plaza położonym w samym sercu miasta, Darlington Harbour. Po niemal miesiącu podróżowania, trzy noce w jednym miejscu były ciekawą odmianą : ).
Metropolia zajmuje ponad 12 tys. km2, jest jednym z największych powierzchniowo obszarów miejskich na świecie. My skupiliśmy się na kilku punktach, tak by nieśpiesznie, po australijsku spędzić czas nad Zatoką Port Jackson.
Centrum miasta jest stosunkowo małe i można je zwiedzić pieszo. Dominują nowoczesne drapacze chmur, a wieża obserwacyjna Sydney Tower oferuje piękny widok na całą zatokę. By poczuć się jak w Azji warto przejść przez bramę Dixon Street i zwiedzić Chinatown. Na tętniącej życiem promenadzie Darlington Harbour znajduje się, oprócz niezliczonej ilości barów i restauracji, Australian National Maritime Museum z okrętami wojennymi oraz Oceanarium Sea Life. Oceanarium jest niezwykle spektakularnym miejscem, w którym spędziliśmy kilka godzin. Szklane korytarze i olbrzymie zbiorniki wodne pozwalają przenieść się do podwodnego świata.

Sercem miasta są tereny przy Circular Quay, głównej stacji kolejowej i autobusowej. To tu, w cieniu Harbour Bridge, znajduje się mała starówka The Rocks, na terenie której możemy wziąć udział w wielu eventach i i kiermaszach sztuki. Najważniejszym punktem jest Sydney Opera House. Niekwestionowany architektoniczny symbol Australii. Na pewno wielu z nas, myśląc o drugim końcu świata ma przed oczami właśnie ten charakterystyczny gmach. Nieopodal, możemy odpocząć w Royal Botanic Garden, będącym jednym najważniejszych ogrodów botanicznych na świecie. To właśnie stąd, rozpościera się najlepszy widok na zatokę i noworoczny pokaz fajerwerków.

Jednym z najważniejszych środków transportu w mieście jest Ferry. Dzięki promom możemy w dość tani sposób podziwiać całą zatokę z innej perspektywy, jak również w łatwy i szybki sposób przetransportować się na drugi koniec miasta. Nam zapadnie w pamięci nocny rejs z widokiem na oświetlone city oraz klimatyczna podróż pod Harbour Bridge. Dzięki pobliskiemu przystankowi można wysiąść i wrócić górą do miasta przez most.

Nas czas w Sydney przypada na Święta Bożego Narodzenia. Główna arteria handlowa Pitt Street, tonie w kolorowych światłach i świątecznych witrynach. Na fasadzie Katedry Najświętszej Marii Panny odbywają się pokazy multimedialne, a w pobliskim parku wspólne śpiewanie kolęd. Pierwszy dzień świąt, mieszkańcy miasta często spędzają na plaży. My, spośród 100 miejskich plaż, wybraliśmy jedną z najpopularniejszych – Manly Beach, na którą można dostać się bezpośrednio z centrum promem. Chcieliśmy na długo zapamiętać te promienie, jutro wracaliśmy do Polski.

Australia
IMG_2667 (Copy)
plaża

Czy to nasza podróż życia? Mam nadzieje, że ta jeszcze przed nami. Jedno jest pewne, przez miesiąc byliśmy w świecie o którym marzyliśmy.