Roadtrip po Stanach Zjednoczonych
Roadtrip po Stanach Zjednoczonych – chwila, o której zawsze marzyliśmy. Być chociaż przez chwilę w świecie znanym z teledysków MTV i hollywoodzkich produkcji, zjeść “cwierć-funciaka z serem”, poczuć city jungle na Manhattanie. Sam zakup biletu wytworzył w nas masę endorfin, które nakręciły nas jeszcze mocniej (ukłon w stronę naszych Gości weselnych, bez których “bilet” do Stanów odłożyłby się w czasie 😉 ).
Był to nasz pierwszy dłuższy wyjazd, przy którym przekonaliśmy się, że planowanie miesięcznego tripu wymaga dużego zaangażowania, niemniej jakże przyjemnego. Internet jest pełen informacji dotyczących USA. Niektórzy chcą poczuć klimat z westernów, inni odkryć piękno Route 66. W naszym przypadku inspiracją były miasta, które zawsze chcieliśmy zobaczyć na własne oczy oraz parki krajobrazowe, z których słyną Stany.
Los Angeles
By dotrzeć do “Miasta Aniołów” wybraliśmy połączenie obsługiwane przez British Airways Warszawa-Londyn-LA. Po kilkunastu godzinach lotu i 2h oczekiwania na lotnisku w kolejce wizowej… poczuliśmy pierwszy powiem kalifornijskiego powietrza.
Tuż po wyjściu z lotniska czekała na nas pierwsza amerykańska przygoda – wypożyczenie auta (wcześniejszy booking w firmie Alamo). Pomimo, że wcześniej wybraliśmy model auta na stronie internetowej, pracownik wskazał nam ogromny plac z amerykańskimi SUV-ami, z których mogliśmy wybierać dowolnie (w ramach określonej kategorii). W naszym przypadku wybór był prosty – im mniejsze auto, tym pewniej będziemy się czuli podczas jazdy :P. I tak wybór padł na model Jeep Patriot, który jak się później okazało zagościł w naszych sercach na długie lata..:)
Los Angeles słynie z kilkupasmowych autostrad, gdy do tego dodamy pierwsze mile w samochodzie z automatyczną skrzynią biegów i ogromny ruch na drodze, dostajemy mieszankę, która spędzała mi sen z powiek na długo przed przylotem.
Jak z większością przypadków, nie ma się czego obawiać, zanim dojechaliśmy kilkanaście mil do naszego motelu, zdążyliśmy docenić i przyzwyczaić się do szerokich pasów na drogach.
Naszym miejscem w LA był Palm Motel, 2020 14th St, oddalony o milę od sławnego Santa Monica Pier. To właśnie tu kończy się Route 66, można zjeść krewetki w Bubba Gump Shrimp bądź podziwiać zachód słońca w niezwykłych kolorach (znanych z koszulek w kalifornijskim klimacie).
Popularne wejście na molo przecina Ocean Ave, która łączy się z deptakiem na Venice Beach. Kultowe miejsce nacechowane swobodną i artystyczną atmosferą. Jest mekką dla producentów, którzy co chwilę kręcą tu teledyski. Do tego, szerokie plaże z budkami ze Słonecznego Patrolu i specyficzna aura tego miejsca – z dziewczynami na wrotkach i chłopakami na siłowni na plaży. Trudno ten klimat opisać, trzeba tu przyjechać, szczególnie polecamy to miejsce.
Zwiedzanie centralnej części miasta, ograniczyliśmy do śródmieścia tzw. Downtown. Pierwszy raz z bliska mogliśmy podziwiać amerykańskie drapacze chmur, skosztować popularnej meksykańskiej kuchni oraz zobaczyć setki bezdomnych… Władze miasta robią co mogą, by zmienić mało atrakcyjne centrum. Co chwilę powstają tu nowe muzea, a place przechodzą gruntowną przemianę. My po kilku godzinach opuszczamy “city” by zobaczyć to, na czym nam najbardziej zależało.
Hollywood, synonim sławy, bogactwa i niespełnionych marzeń. Ta dość mała dzielnica stała się stolicą przemysłu rozrywkowego, do której możemy dojechać metrem, wysiadając na Hollywood/Vine station. Wychodząc ze stacji, rozpoczynamy spacer główną ulicą Hollywood Blvd, przy której położone są najważniejsze atrakcje. W pewnym momencie, płynnie zaczyna się Walk of Fame. Słynna aleja, zawiera niemal 3 000 pięcioramiennych gwiazd, upamiętniających znane osobistości świata show-biznesu. Jej najciekawsza część znajduje się obok Grauman’s Chinese Theatre, gdzie możemy podziwiać odciski dłoni, stóp, wpisy i autografy niemal 200 najbardziej znanych gwiazd. Niedaleko znajduje się Dolby Theatre, miejsce corocznych gali rozdania Oscarów. Warto wejść do środka i przejść się słynnymi schodami, krytymi czerwonym dywanem na czas ceremonii. Hollywood proponuje wiele atrakcji takich jak kina, teatry, muzea figur woskowych, kuchnie z całego świata (polecam skrzydełka w barze Hooters znanym z kelnerek serwujących dania w krótkich szortach ;), my jednak decydujemy się wrócić po samochód, by odbyć wieczorną przejażdżkę ulicami Beverly Hills.
Widok palm wzdłuż Rodeo Drive pozwala poczuć się jak w amerykańskich filmach.
Universal Studios
Czekaliśmy na ten dzień, wycieczka do jednej z najbardziej obleganych atrakcji turystycznych Kalifornii – Universal Studios. Park rozrywki, zawierający w sobie typowe “przejazdy”, parady oraz podpatrywanie planów zdjęciowych kultowych produkcji.
Na początek kwestie organizacyjne – bilety polecamy kupować na stronie online (są tańsze i nie stoimy w kolejkach przed wejściem). Park otwarty jest stosunkowo długo (godziny otwarcia różnią się w zależności od pory roku), lecz czas w nim płynie bardzo szybko, dlatego też warto zacząć wraz z otwarciem bram. Większość atrakcji jest stała, natomiast niektóre zmieniają się wraz z nowymi filmami lub produkcjami serialowymi wytwórni. Przykładowo, trafiliśmy na motyw niezwykle popularnego w tamtym czasie (2016) Walking Dead, gdzie na olbrzymiej przestrzeni musieliśmy przejść przez hangar zaatakowany przez zombie. Zatrudnionych do tej atrakcji było ponad 50 aktorów jednocześnie. Wszystkie aktualne atrakcje wraz z mapką znajdują sie na stronie parku (https://www.universalstudioshollywood.com/web/en/us).
Każda atrakcja związana jest z motywem filmowym i jest niesamowita jakościowo, nas urzekł Hogwart i jego skala, jak również przedstawienie na podstawie filmu Wodny Świat. Wartym uwagi są również godzinne podróże autobusem po planach filmowych topowych hollywoodzkich produkcji takich jak Szczęki czy Wojna Światów. Nie będziemy zdradzać Wam szczegółów.. 🙂
Warto przygotować się na kolejki. Dziennie park odwiedza ponad 25 tys osób, dlatego do rozważenia jest kupno fast tracków, pozwalających na skrócenie oczekiwania na niektóre topowe atrakcje. My kupiliśmy standardowy bilet, natomiast, przy kolejnych przejazdach na poszczególnych atrakcjach, korzystaliśmy z pojedynczych wolnych miejsc w wagonikach, na które nikt nie był chętny.
Park opuściliśmy wraz z setkami turystów dopiero z momentem jego zamknięcia, był to cudowny dzień, wielokrotnie mogliśmy poczuć się jak główni aktorzy w ulubionych filmach.
Griffith Observatory
Nasz ostatni dzień w LA rozpoczęliśmy od zwiedzania Obserwatorium Griffitha. W środku znajdziemy pełno ciekawych eksponatów i wystaw związanych z astronomią. To czym jednak przyciąga to miejsce najbardziej jest widok na słynny napis Hollywood, a także panorama na całą aglomerację Los Angeles oraz kadry ze znanych hollywoodzkich produkcji, które były tu nagrywane.
Po drodze na “Stanową Jedynkę” przejechaliśmy w okolicy wspaniałych rezydencji w Malibu, skąd rozpoczęliśmy naszą dalszą podróż.
Pacific Highway 1
800 km jedną z najbardziej malowniczych tras w USA. Podróż do San Francisco od początku planowaliśmy przebyć nieśpiesznie wzdłuż wybrzeża. Tuż za LA mijamy znane wszystkim miejscowości Malibu i Santa Barbara, gdzie w końcu decydujemy się na klasycznego ćwierćfunciaka z serem. Miasta to jedno, najbardziej jednak przyciąga natura – Kalifornijska linia brzegowa jest piękna, trasa co chwilę dostarcza nam wspaniałych widoków, które można podziwiać zatrzymując się na jednym z wielu parkingów. Co ciekawe, z jednego z nich Piedras Blancas możemy podziwiać setki wygrzewających się na plaży Lwów Morskich.
Kolejne pokonane mile przybliżają nas do Big Sur, regionu w którym góry gwałtownie wyrastają z Oceanu Spokojnego. Widoki na Bixby Creek Bridge na długo zostają w pamięci.
Pacific Highway to też urokliwe nadmorskie miejscowości, w którym można odpocząć i zjeść owoce morza w przystępnych cenach. My wybraliśmy Monterey z turystycznym Old Fisherman’s Wharf.
By uzupełnić zapasy i nabrać sił udaliśmy się do miasta Gilroy, które jak się okazało jest krajową stolicą czosnku! W Days Inn by Wyndham Gilroy poczuliśmy klimat prawdziwego przydrożnego motelu.
Po śniadaniu obieramy kierunek na północ, gdzie po 2h dojeżdżamy do San Francisco.
San Francisco
Wieje, ale jest przyjemnie! Kąpielówki zostawmy w plecaku, wody w zatoce są chłodne. Wakacyjne 21 stopni daje wytchnienie od południowo-kalifornijskich upałów i pozwala na całodzienne zwiedzanie miasta.
By nieco zaoszczędzić, wybraliśmy motel w Oakland (Civic Center Lodge) znajdujący się przy stacji, z której możemy komfortowo dojechać do centrum San Francisco w kilkanaście minut.
Na początek serce miasta Union Square. Ta tętniąca życiem dzielnica handlowa ukazuje różnorodność etniczną miasta. Co chwilę mijamy klimatyczne restauracje, serwujące dania ze wszystkich stron świata. Niedaleko znajduje się wejście do największego poza Azją China Town. Wchodząc przez Dragon Gate przenosimy się w zupełnie inny zakątek świata, wypełniony niezliczoną ilością barów (polecamy – jest tanio i pysznie). Charakterystyczna zabudowa oraz królujący tu język mandaryński pozwala poczuć się jak w jednym z chińskich miast.
Przemierzamy kolejne miejskie wzgórza SF (jest ich ponad 50!) z których często możemy podziwiać charakterystyczny pejzaż miasta stromych ulic. Wiktoriańskie domy na tle wieżowców przywołują wspomnienia serialu z lat młodości “Pełnej Chaty”. By poczuć klimat miasta hippisów udajemy się do jednej z najstarszych tawern w mieście. The Saloon pozwala poczuć się jak w minionej epoce. Niespodziewanie przyjemne towarzystwo obsługi za barem, barwnych klientów i lokalnych zespołów sprawia, że zostajemy tu do nocy.
Poranek wita nas czystym niebem, to dobry znak, ponieważ dzisiaj chcemy stanąć obok jednego z najsłynniejszych mostów świata.
Kolejny raz szybka kolej pozwala dostać się ekspresowo do centrum miasta, skąd zaczynamy zwiedzać bulwary nad zatoką. Jedną z najchętniej odwiedzanych przez mieszkańców dzielnic jest Pier 39. Odpoczywające lwy morskie, zabytkowe statki, widok na Alcatraz, niezliczona ilość sklepików z pamiątkami to jedne z wielu atrakcji, które czekają w tej okolicy. Nam szczególnie przypadł do gustu Fisherman’s Wharf, gdzie za niewielkie pieniądze możemy spróbować pysznego kraba i słynnej zupy z małży podawanej w chebie.
Stąd też wyruszamy promem do przystani Sausalito. Na miejscu czeka nas spacer do punktu z wymarzonym widokiem na Golden Gate – pośród kilku opcji, my wybieramy Golden Gate view point, z którego rozpościera się urzekający widok na ikonę San Francisco. Mamy również okazję na własnej skórze przekonać się jak zmienna potrafi być pogoda w tym rejonie – docierając na wzgórze, most jest całkowicie przysłonięty chmurami, by zaledwie kilkanaście minut później lśnić w pełnym słońcu.
Powrót do miasta obowiązkowo przez most. Dochodząc do Hyde St. rozpoczynamy niesamowitą podróż tramwajem po wzgórzach miasta. Taki rodzaj transportu, wraz z kolejnymi wzniesieniami, dostarcza niezapomnianych wrażeń i adrenaliny. Po drodze podziwiamy Lombard St “najbardziej poskręcaną ulicą świata” a wieczór kończymy kolejny raz w The Saloon 😉.
Opuszczamy SF, które skrywa jeszcze wiele niezwykłych miejsc. Przed nami kolejna przygoda, w jednym z najpiękniejszych parków narodowych świata.
Yosemite National Park
Po około 4 godzinach jazdy od San Francisco znaleźliśmy się w innym świecie – w dolinie Yosemite. Klimat i otaczające nas widoki, zapierają dech w piersiach. Naszym domem przez najbliższe 2 noce będzie jeden z campingów w samym sercu Yosemite Valley. Miejsca, w których można się zatrzymać na noc na terenie parków narodowych są ściśle określone i polecamy rezerwować je z dużym wyprzedzeniem na stronie amerykańskich parków narodowych https://www.nps.gov/. W Yosemite po raz pierwszy spotkaliśmy się z przynależną do naszego miejsca namiotowego szafą na jedzenie, chroniąca przed niedźwiedziami (trzymanie jedzenia w samochodzie nie jest wskazane, może skończyć się włamaniem głodnego zwierza :)).
Park oferuje znane na całym świecie trasy wspinaczkowe i ogrom szlaków turystycznych, które można eksplorować tygodniami. Ze względu na dostępny czas skupiliśmy się na kilku z nich.
Punkt widokowy Glacier Point – już sam wjazd na ponad 2200 m n.p.m. dostarcza kierowcy wielu wrażeń, natomiast sam widok na długo zapada w pamięci.
Mist trail – 9 km szlak prowadzący na szczyt wodospadów Vernal Fall i Nevada Fall, widoki z góry nagradzają trud wspinaczki.
Kolejnym był Mirror Lake Trail, przyjemny 8 km szlak doliną Yosemite.
Wyjeżdżamy z parku, jedno jest pewne, widok na majestatyczne ściany El Capitan i Half Dome zostaną z nami na długo.
Sequoia National Park
Jadąc w stronę Doliny Śmierci mieliśmy w planach jeszcze jeden przystanek. Park Narodowy Sekwoi jest wyjątkowym miejscem, w którym możemy podziwiać największe drzewa na świecie, na czele z Generałem Shermanem. Stojąc przy ponad 80 metrowym drzewie można poczuć ogrom natury
.
Death Valey
Z każdym kilometrem pejzaż zmieniał się z zielonych lasów na pustkowia. Bywało, że przez długie kilometry nie spotkaliśmy żadnego samochodu, a cisza, która towarzyszyła nam na postoju była obłędna – absolutny brak jakiegokolwiek dźwięku. Jedziemy do najcieplejszego miejsca w Dolinie Śmierci, dlatego by zwiedzić je jak najwcześniej wybraliśmy nocleg w Panamint Spring. Oprócz noclegu, restauracji i paliwa, miejsce daje możliwość obserwowania niesamowitej przestrzeni w ciągu dnia oraz obserwowania gwieździstego nieba w nocy. Tutaj też spotkaliśmy lokalnego reksia – kojota.
Z samego rana, dotarliśmy do Badwater, najniżej położonego miejsca w Ameryce Płn. Słone jezioro jest płaską i pustą, jałową ziemią pokrytą skrystalizowaną solą. W niewielkiej odległości znajduje się Devil’s Golf Course – obszar wypełniony niewielkimi, twardymi i ostrymi formacjami skalnymi, będącymi połączeniem ziemi i soli. Z kolei Artist’s drive pozwala na przejażdżkę przez malowniczą scenerię pustyni. Wartym uwagi jest również Zabriskie Point z widokiem na skalne formacje o różnokolorowych barwach.
Temperatura podnosi się bardzo szybko, czas jechać dalej w stronę Wielkiego Kanionu.
Po przerwie poświęconej na obejrzeniu zjawiskowej Zapory Hoovera, obraliśmy kurs na urokliwe rancho, gdzie spędziliśmy noc w towarzystwie strusi (Joshua Tree Ostrich Ranch and Guest House).
Grand Canyon National Park
Stanąć na krawędzi Wielkiego Kanionu, miejsca, które pojawiało się we wszystkich naszych książkach od geografii… Coś co zawsze wydawało się nieosiągalne, dzisiaj będziemy mogli urzeczywistnić 🙂 . Skupiliśmy się na terenach przy Grand Canyon visitor Center. To tutaj znajduje się najwięcej topowych punktów widokowych np. Mather Point, Yaki Point i nasz ulubiony Ooh Aah Point. Wzdłuż “krawędzi” kursuje również autobus, dzięki któremu możemy szybko podjechać do oddalonych nieco dalej punktów widokowych. Będąc na naszym campingu, który polecamy zarezerwować na stronie parku z wyprzedzeniem (noce w namiocie bardzo chłodne nawet w lato), Ranger polecił nam Desert View Watchtower jako idealne miejsce do podziwiania wschodu słońca. Nie mylił się – warto wstać wcześnie – widoki niezapomniane :).
W ciągu tych dwóch dni, trudno zliczyć chwile kontemplacji nad krawędzią Kanionu, który za każdym razem, w zależności od pory dnia, prezentuje się w innych barwach.
Pozostając w tym błogim nastroju, wyruszamy w 300 milową trasę, czas na Vegas!
Las Vegas
Gdzie, co, jak? Pierwsze chwile mogą zawrócić w głowie. Udało się znaleźć hotelowy parking. Szybki check-in, jeszcze tylko przejazd 6-pasmową drogą na lotnisko , gdzie oddajemy samochód. Wreszcie możemy chłonąć Vegas! Niekończące się atrakcje, koncerty, kasyna, gale sportowe, kluby nocne, pozwalają znaleźć dla siebie ulubioną rozrywkę. Sam spacer po głównym bulwarze Strip pozwala ujrzeć znane na całym świecie ekskluzywne hotele jak Caesars Palace, Bellagio czy Mandalay Bay. Warto zwiedzić każdy z nich i obowiązkowo zagrać, w jedną z setek gier. Raz udało nam się nawet wygrać 200 $ :). Ostateczny bilans w Vegas zamknęliśmy na lekkim minusie, ale frajda z zabawy nam to wynagrodziła.
Vegas jest miastem, w którym łatwo można stracić poczucie czasu – hotele są połączone przez podziemia, w kasynach brakuje okien i zegarów, a nieustanne imprezy zaczynają się nawet i o 8 rano. Po dwóch nieprzespanych nocach możemy opuścić Vegas – rozrywki nam na razie wystarczy, jedziemy na lotnisko – czas na stolicę kraju.
Washington D.C.
Pierwsza przygoda czekała nas już w samolocie, gdzie okazało się, że na moim miejscu siedział ogromny wilczur, należący do pasażerki, która nie zgłosiła go do lotu… (po chwili zostali wyproszeni z samolotu, ale jak się tam znaleźli ? :D).
Po 4h lotu i przesunięciu zegarków o 3h do przodu, zastał nas ranek, który postanowiliśmy wykorzystać na zwiedzanie miasta. Lincoln Memorial, Capitol, Reflecting Pool, Washington Monument a w szczególności White House robią duże wrażenie nawet z zewnątrz. Kolejnym przystankiem był Smithsonian National Zoological Park. Nie mogliśmy przegapić okazji by pierwszy raz w życiu zobaczyć pandy. Drugą część dnia spędziliśmy na niespiesznym zwiedzaniu Dupont Circle czyli reprezentacyjnej, pełnej barów części miasta.
Następnego dnia, złapaliśmy jeden z kultowych autobusów GreyHound, by udać się do Nowego Yorku, miasta, o którym zawsze marzyliśmy.
New York
Przed nami 7 dni w najbardziej kultowym mieście świata. By w pełni poczuć codzienne życie mieszkańców, zamieszkaliśmy w samym sercu Manhattanu, w hotelu na 37th Street.
Mając dość dużo czasu mogliśmy pozwolić sobie na niespieszne wędrówki ulicami miasta zatrzymując się na dłużej w miejscach, które zaplanowaliśmy zobaczyć. Zwiedzanie wyspy podzieliliśmy dość prosto na północną, południową i środkową część od której zaczęliśmy.
Niepozornie, między drapaczami chmur, chowa się Madison Square Garden. Tour po hali pozwala poznać historię, szatnie oraz niedostępne na co dzień miejsca na czele z lożami VIP. Jedynym minusem był okres wakacyjny, w którym NBA nie prowadzi rozgrywek. Przy pobliskim Madison Square Park zrobiliśmy przerwę na obowiązkowego hamburgera z Shake Shack. Tuż obok znajduje się jeden z ikonicznych budynków Flatiron Building. Niespiesznie udaliśmy się w dół, przechodząc przez ulice ciekawych sklepów i zaułków Greenwich Village oraz Soho.
Ground Zero – doszliśmy do miejsca upamiętniającego ofiary ataku terrorystycznego na Wieże World Trade Center. Samo miejsce zostało zaaranżowane w spektakularny sposób pozwalający na zadumę i chwilę refleksji. Dodatkowo, pobliskie muzeum umożliwia zgłębienie wiedzy na temat ataku i historii wież.
My udaliśmy się na taras widokowy do One World Trade Center, który został wzniesiony tuż obok. Wjazd multimedialną windą dostarcza niesamowitych wrażeń, natomiast to co najlepsze to panorama NY z wysokości 100 piętra. Warto dodać, że atrakcja jest dość oblegana, dlatego warto dokonać rezerwacji z większym wyprzedzeniem.
Czas na biznesowe centrum świata. Wall Street, mieszanka turystów i spieszących się do pracy “rekinów finansów” prosto z filmu Wilk z Wall Street. Polecam zatrzymać się na moment przy pobliskim Charging Bullu, zamówić kultową kanapkę Philly cheesesteak i poobserwować życie zapracowanych nowojorczyków.
Będąc na południu skorzystaliśmy ze Staten Island Ferry, dzięki któremu dotarliśmy 30 minutowym rejsem po rzece Hudson do kolejnego symbolu Ameryki – Statuy Wolności. Monumentalna budowla, zwłaszcza obserwowana na tle południowego Manhattanu, robi niesamowite wrażenie. Warto zwiedzić ją od środka i poznać jej historię.
Kolejnego dnia, korzystając z zakupionego 3-dniowego New York Passa, skupiliśmy się na środkowej części wyspy. W samym centrum miasta możemy zwiedzać popularną salę koncertową Rock City Hall, w której występowały największe gwiazdy. Tuż za rogiem, serce miasta Times Square. Zatłoczone, otoczone reklamami miejsce, ma jednak swoją magię, która sprawiła, że niejednokrotnie wracaliśmy tutaj. Kolejne przystanki to Rockefeller Plaza i 5th Avenue. Co prawda, ceny nie należą tu do najniższych, ale jak przystało na jedną z najsłynniejszych ulic handlowych świata, witryny sklepów są oszałamiające. Po przeciwnej stronie, jeden z popularnych kadrów filmowych miasta – świątynia na tle drapaczy chmur czyli St. Patrick’s Cathedral. Idąc wzdłuż alei, możemy podziwiać wspaniałą architekturę Grand Central Terminal, aż wreszcie dochodzimy do miejsca, o którym marzyliśmy od zawsze –Empire State Building. Ikona, będąca tłem wielu wydarzeń kulturalnych i historyczny USA, jak również filmowych (w tym mojej ulubionej sceny z Bezsenność w Seattle). Panorama 360 jest spektakularna, z jednej strony widok na środkowy i dolny Manhattan, z drugiej Płn część wyspy.
Dzień skończyliśmy na Brooklynie, pełnym klimatycznych miejsc. Warto się powłóczyć modnymi uliczkami i rozkoszować się panoramą NY z drugiej strony rzeki. Spacer kładką mostu wśród nocnych świateł miasta jest niesamowity.
Czas na północną część wyspy, którą rozpoczynamy od Top of the Rock, czyli kolejnego tarasu z super panoramą miasta a zwłaszcza z widokiem na Empire State Building oraz Central Park. Będąc w okolicy nie można zapomnieć o Museum of Modern Art. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej możemy podziwiać zarówno prace najbardziej znanych malarzy świata jak Pablo Picasso, Salvador Dali czy Vincent van Gogh, jak również wystawy i inscenizacje mniej znanych artystów, których prace niejednokrotnie okazują się wyznaczać nowe trendy.
Central Park, zielone płuca miasta, jest dla nowojorczyków oazą zieleni dającą ukojenie po ciężkim dniu. Polecam wędrówki alejami parku, warto również zwrócić uwagę na apartamenty otaczające park. To właśnie tutaj mieszka wiele znamienitych osób ze świata kultury i sztuki. W sąsiedztwie parku warto odwiedzić Metropolitan Museum of Art z bogatymi zbiorami malarstwa, militariów, fotografii, strojów czy instrumentów. Niedaleko, znajduje się kolejne ważne miejsce na kulturowej mapie Nowego Jorku – Muzeum Guggenheima. W oryginalnym gmachu budynku została zebrana sławna kolekcja malarstwa impresjonistycznego, modernizmu i sztuki współczesnej. Pod koniec dnia udaliśmy się do Haarlemu, by w tutejszych barach słuchać nowojorskiego jazzu w najlepszym wydaniu.
Po kilku intensywnych dniach w Nowym Jorku, w trakcie których zwiedziliśmy to co założyliśmy, mogliśmy nieśpiesznie wtopić się w miasto i wypić kawę w jednym z klimatycznych miejsc w Chelsea, zjeść pyszne pierożki w Chinatown oraz makaron w Little Italy. By jeszcze lepiej poczuć amerykański klimat udało nam się pójść na mecz baseballa i kibicować drużynie Yankees, podziwiać fasadę budynku z czołówki serialu Friends, oraz obowiązkowo obejrzeć jeden z musicali na Broadwayu (padło na Paramour z udziałem artystów Cirque de Solei).
Naszą przygodę kończymy tutaj, mając przed oczami nowojorskie drapacze chmur, wspominamy piękno i dzikość parków narodowych oraz zachody słońca na zachodnim wybrzeżu. Przeżyliśmy pełne emocji noce w Las Vegas jak również cudowny spokój w dolinie Yosemite czy Death Valley.
Po prostu Spełniliśmy kolejne nasze marzenie 🙂
